i i

XI

Pomóż mi stworzyć miłość wiecznie żywą
Z mojej nietrwałej ze światem niezgody,
Natchnień i czynów jedyne ogniwo
Nieznane tworom bezmyślnej przyrody,
Rzecz tylko ludzką, w którą elektronów
Rój obojętnie pociskami praży,
Dzieło istoty, która w wielkim domu
Samotna mieszka z pleśnią swojej skazy,
Punkt nieruchomy, co dziejom na przekór 
Na złe i dobre dzieli to, co płynne,
Pomóż mi matko umocnić w człowieku,
Ty, co znasz moje przysięgi dziecinne. 
Spraw, niech mojego nie składam ciężaru,
Niech wiatr od Wisły biegnie oceanem.
Żeś chciała życia udzielić mi daru
Bądź pozdrowioną w imię Boga. Amen.
(fragment wiersza Czesława Miłosza Grób matki)

Stworzył miłość wiecznie żywą. Wszystko to, co napisałem dotąd o Jacku, to tylko jakiś strzęp prawdy o tym niezwykłym człowieku. Jaki on był ten mój najbliższy przyjaciel, pytam sam siebie, przełykając łzy. 
Był niezawodny. Ciepły i serdeczny -- zawsze, gorący i radykalny -- często, zimny i nieczuły -- nigdy. Był dobry, lojalny i odważny. Bywał rozumny szałem i szalony w swych niezwykłych rozumowaniach. Miał niezwykle rzadki dar -- mądrość serca.
Spieraliśmy się często. Byliśmy trochę jak stare, kochające się małżeństwo. Przed kilku laty ktoś tłumaczył Jackowi, że powinien publicznie potępić jakąś moją wypowiedź. Jacek na to odpowiedział z uśmiechem: "Może i masz rację, ale ja już jestem za stary na rozwody". 

Wiele w życiu wycierpiał, a przecież był człowiekiem szczęśliwym. Żył pełnią życia i zawsze w zgodzie z samym sobą. Żył w prawdzie i godności. Nie było w nim śladu zakłamania. Miał poczucie humoru, zmysł ironii i tę dziwną, niepojętą delikatność uczuć, która kontrastowała z jego manierami słonia w składzie porcelany. Przez całe życie był tym samym: jako komunista, młody i zapalczywy; jako wychowawca harcerski, który, takich jak ja, uczył, że trzeba żyć godnie i żyć dla innych; jako lider opozycji demokratycznej, który spędził dziewięć lat w więzieniu i nie ugiął się nigdy; jako minister i parlamentarzysta wolnej Polski, który wszystkim umiał przebaczyć i do wszystkich umiał wyciągnąć rękę. Był spadkobiercą najlepszych polskich tradycji: Rzeczypospolitej Wielu Narodów i państwa bez stosów; Polski zatroskanej o skrzywdzonych i poniżonych; Polski wolnej od komunistycznego kłamstwa, ale otwartej na ludzi z PRL-u, którzy chcieli być wierni demokracji; Polski bezwzględnej wobec korupcji; Polski, która nie boi się prawdy o sobie, choćby ta prawda bywała gorzka; Polski ufundowanej na tradycji chrześcijańskiej i niepodległościowej, ale też na tradycji racjonalizmu oświecenia i pozytywistów, na tradycji lewicowego ruchu robotniczego, Waryńskiego i Perlą, Daszyńskiego i Pużaka.
Jacek umiał -- jakże to imponujące i nieczęste -- oddać hołd ludziom wartości, choćby wywodzili się z całkiem odmiennych tradycji: Róży Luksemburg i kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu.
Nie tak dawno Aleksander Kwaśniewski napisał, że politycy myślą zwykle o następnych wyborach, zaś Jacek -- o następnych pokoleniach. Marek Belka nazwał Jacka "sumieniem polityki polskiej". Te dwa głosy choćby, pochodzące ze świata tak odmiennego, dobrze obrazują niezwykłość roli, jaką Jacek odgrywał.
Był Jacek duchowym dziedzicem Stefana Żeromskiego -- marzył o Polsce szklanych domów i budował to marzenie w naszych sercach, zarazem marzył o świecie szklanych domów -- pod koniec życia snuł wizję wielkiej, uniwersalnej rewolucji edukacyjnej, która odmieni oblicze świata.

Bowiem Jacek nie kochał ludzkości. Jacek kochał ludzi, prawdziwych ludzi, tych z krwi i kości, w ich szukaniu i błądzeniu, w ich zmaganiu z cierpieniem, z trudem istnienia, z chorobą, ze śmiercią.
Powtórzmy: był człowiekiem walki bez nienawiści i pojednania bez zakłamania; odwagi bez fanatyzmu, konsekwencji bez faryzeizmu; człowiekiem twardych zasad, ale łagodnego serca; kompromisu, który nie jest konformizmem; wyczucia czasu, które nie jest koniunkturalizmem; wspólnoty, która szanuje indywidualność; wybaczenia, które nie jest pogodną sklerozą; ufności, która nie jest naiwnością.

Był człowiekiem lojalności bez granic -- nikt nie przekonał się o tym bardziej niż ja sam. Nigdy nie kłaniał się kłamstwom swoich czasów i 04 -914 dlatego był pierwszym obywatelem Rzeczypospolitej "rogatych dusz".

Ten duch Żeromskiego, ten etos Judyma i Siłaczki, to skrzyżowanie w jednym człowieku Cezarego Baryki i Szymona Gajowca z Przedwiośnia -- jakież to polskie. Pewno nieraz pytał sam siebie: "A czy masz ty w sobie odwagę Lenina?". I sam sobie odpowiadał: "Pamiętaj, do czego doprowadziła ta leninowska odwaga; nie podążaj taką drogą".

I nie podążał; wyrzekał się rewolucyjnej przemocy zawsze, choć pokus nie brakowało. Uważał jednak, że lepiej godzić się na własne cierpienie z cudzych rąk, niż samemu cierpienie zadawać.
Myślę, że nie było w Jacku innego strachu niż strach przed własnym sumieniem i przed Bogiem, w którego nie wierzył, ale bardzo pragnął uwierzyć. Czasem mawiał o sobie, że jest chrześcijaninem bez Boga.

Józek Tischner, ksiądz katolicki, filozof i pierwszy gazda polskich górali, pewno by powiedział: "Nie jest ważne, czy Jacek wierzył w Pana Boga; ważne jest, że Pan Bóg wierzył w Jacka".