i i

Stanisław Czubaty

Stanisław Czubaty "Saszka"

(1931-2008)

9 stycznia 2008 roku zmarł Stanisław Czubaty, rusycysta, współtwórca drużyn walterowskich, nauczyciel, wychowawca i przyjaciel młodzieży.

Poznaliśmy się ponad pięćdziesiąt lat temu, w 1955 roku na harcerskim obozie walterowskim na Wolinie. Wychowawcą V zastępu był druh Staszek, student filologii rosyjskiej warszawskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, pochodzący okolic podlaskiej Sokółki. A kiedy w Warszawie trwał Międzynarodowy Festiwal Młodzieży - my na obozie urządziliśmy sobie własny, wielonarodowy Festiwal z występami, konkursami i zabawą. Każdy zastęp był reprezentacją innego kraju - Francji, Czechosłowacji, Niemiec i Chin - a zastęp V był Związkiem Radzieckim; stąd też Staszek został Saszką, i tak już zostało na zawsze...

Saszka był po prostu nadzwyczajny. Taki wymarzony starszy brat - mądry, solidny, opiekuńczy, ze śmiejącymi się oczami, promieniejący życzliwością. Umiał to wszystko, co było niezbędne w życiu obozowym, o czym my, małe mieszczuchy, nie mieliśmy pojęcia: umiał rąbać drzewo, wbijać gwoździe, budować szałasy, prycze, ziemianki na żywność chłodne nawet w czasie upałów; znał się na lesie, zwierzętach, drzewach, grzybach. I uczył nas tego.

Mówił jasno i zrozumiale, był mistrzem zręcznych powiedzonek i dopowiedzeń. Ze swym nadzwyczajnym poczuciem humoru, zawsze potrafił "sprawy nadzwyczaj ważne" sprowadzać do właściwych wymiarów. Uczył nas samodzielności i myślenia o innych, a my wszyscy bardzo chcieliśmy zasłużyć na jego pochwałę. "«Ja» jest na końcu alfabetu" - stwierdzał spokojnie, a egoista egocentryk doskonale wiedział, że uwaga Saszki ma dość luźny związek z filologią rosyjską. Bezsensowną nadaktywność kwitował krótko: "I psa można nauczyć gwizdać, tylko po co?" Żartował też na swój temat: "Jak stracę włosy, to zmienię nazwisko Czubaty na Łysy", albo pytał: "Gdzie leży Warszawa?" - my milczeliśmy, czekając co będzie dalej - więc sam wyjaśniał: "Pod Sokółką?"; jeśli ktoś zapytał dlaczego, odpowiedź była zawsze taka sama: "Bo w Sokółce urodził się Czubaty!" Był cierpliwy, przyjacielski, ale i wymagający; nigdy nie krzyczał, czasem tylko pokpiwał i już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Czuliśmy, że naprawdę nas lubi; a ponieważ nikt nie chciał utracić jego życzliwości, staraliśmy się bardzo, żeby Saszka nie zawiódł się i mógł na nas polegać. A do tego pięknie śpiewał i znał mnóstwo różnych piosenek, także ludowych polskich, ukraińskich, białoruskich, rosyjskich, których uczyliśmy się z wielką radością. I dzięki niemu należeliśmy później do najbardziej rozśpiewanych drużyn warszawskich.

Potem były jeszcze inne, kolejne obozy, zimowiska, których Saszka był nieodłączną częścią. Dorośliśmy, każdy poszedł własną drogą, ale nadal Saszka pozostał dla nas Bliskim Przyjacielem, nawet jeśli w codziennej gonitwie brakowało czasu na częstsze spotkania. Często borykając  się z jakąś sprawą, decyzją, niejeden z nas zastanawiał się, co by sądził na ten temat Saszka i co by poradził... Wiedzieliśmy, co się z nim dzieje: ożenił się z Danusią, ma syna, był nauczycielem, kuratorem na Żoliborzu, dyrektorem Miejskiego Domu Kultury, później kilkanaście lat dyrektorem Liceum Ogólokształcącego im. Tadeusza Czackiego. Na jego radę i pomoc nadal można było zawsze liczyć. Gdy jako dyrektora liceum jedna z naszych koleżanek poprosiła o pomoc w wyborze szkoły dla syna, jego postawa przede wszystkim uwzględniała potrzeby i interes dziecka. Chłopak kończący podstawówkę, będący na bakier z przedmiotami humanistycznymi, uzdolniony manualnie, chciał iść do jakiejś szkoły technicznej, ale ojciec widział go w liceum ogólnokształcącym. Saszka wysłuchał obu stron i powiedział tylko tyle: "W liceum jest trzynaście przedmiotów i wszystkie są najważniejsze!" To był najbardziej przekonywujący argument, że najważniejsze są racje dziecka, ucznia, młodzieży... W konsekwencji chłopak ukończył wybrane przez siebie technikum elektryczne i zajmuje się tym, co lubi i co daje mu satysfakcję. I doskonale pamięta tę rozmowę sprzed lat.

Wiedzieliśmy, że Saszka jest bardzo chory, że jest coraz słabszy. Ale kiedy odwiedzaliśmy go, zawsze trzymał fason. Trudno pogodzić się z tym, że już go nie ma z nami, że odszedł. Ale Saszka nie całkiem nas opuścił. Należy On bowiem do tych ludzi, "którzy przychodzą i pozostają na zawsze...". Nie ma go tylko fizycznie, bo przecież jest w nas ta jego część, te uniwersalne i ponadczasowe wartości, jakie nauczyciel, wychowawca i przyjaciel zaszczepia swoim wychowankom - sposób widzenia świata, wrażliwość i zrozumienie dla innych, umiejętność pokonywania trudności i nade wszystko uczciwość. Dla przyjaciół z Frycza-Modrzewskiego Saszka był "nauczycielem z prawdziwego zdarzenia, przejętym losem polskiej szkoły", który dzielił się z nimi "doświadczeniem, optymistycznym sceptycyzmem, humorystycznym widzeniem absurdów świata i gorzką wiedzą o cenie, jaką niesie świadomość". Społeczność Czackiego, żegnając "wybitnego nauczyciela i wychowawcę wielu pokoleń", podkreślała: "Był Kimś. Wpisał się w legendę Szkoły i pozostanie na zawsze w sercach tych, którzy mieli zaszczyt z Nim uczyć, pracować i współtworzyć historię Czackiego".

Żegnamy Naszego Wychowawcę i Przyjaciela. człowieka ciepłego, życzliwego, rozumiejącego innych, mądrego doradcę, błyskotliwego gawędziarza i niezapomnianego obozowego zapiewajłę.

                                                Walterowcy