Jacek Kuroń i Karol Modzelewski nie musieli pójść do więzienia w marcu 1965 r. Nie uwięziono ich też przypadkiem. To był ich wybór, który stworzył legendę i zapoczątkował niesamowitą historię. Opisuje to Andrzej Friszke w monumentalnej i brawurowej książce "Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi".
Początek lat 60. Pedagog Jacek Kuroń i historyk Karol Modzelewski, młodzi komuniści i znani działacze Października '56 związani z Uniwersytetem Warszawskim, widzą smętny koniec demokratyzacji systemu. Władysław Gomułka i aparat PZPR chcą rządzić łagodniej niż za stalinizmu, ale używając stalinowskich instrumentów: policji, cenzury, strachu. Partia nie zamierza dzielić się władzą nie tylko z demokratycznie myślącymi komunistami. Przeszkadzają jej nawet młodzi harcerze. Drużyny Walterowców, których Kuroń uczył nonkonformizmu, tolerancji i niezakłamanej historii, choćby o sowieckich łagrach czy interwencji na Węgrzech, zostały zlikwidowane w 1961 r.
Modzelewskiego i Kuronia nie zadowalają publiczne dyskusje na Uniwersytecie Warszawskim, jakich wtedy jeszcze nie brakowało. Chcą demokratycznej rewolucji, takiej, która nie powiodła się w Październiku. Za głównego opresora uważają biurokrację, czyli aparat partii komunistycznej. Za wyzwoliciela - klasę robotniczą. Wierzą, tak dyktuje im komunistyczna wiara, że ta rewolucja nadejdzie, pragną ją przyspieszyć, wezwać wyzyskiwanych do samoorganizacji, by obalili władzę. Stąd "Memoriał", nad którym pracują wiele miesięcy w gronie kilku znajomych. Szukają powielacza, by "Memoriał" wydrukować i kolportować.
Nie zdążą. W listopadzie 1964 r. wszystkich zatrzymuje Służba Bezpieczeństwa. Prokuratura i SB chcą procesu, ale partia się waha. Główni winowajcy - Kuroń i Modzelewski - są popularni; partyjni decydenci nie chcą nieuniknionej w przypadku procesu konfrontacji ze środowiskami akademickimi i twórczymi, zwłaszcza z ich partyjną częścią.
Cała grupa wychodzi na wolność z zarzutami, Kuroń i Modzelewski wylatują z partii. Na UW na zebraniach PZPR i Związku Młodzieży Socjalistycznej odbywają się gorące dyskusje nad "Memoriałem" z udziałem obu autorów. Ale podniecenie opada, akt buntu staje się cichnącą przeszłością - tak jak chciała partia. By temu zapobiec, Kuroń i Modzelewski decydują się na drastyczny krok. Wiedzą, że pójdą siedzieć na parę lat.
Przerabiają "Memoriał" na "List otwarty do członków POP PZPR i do członków uczelnianej organizacji ZMS przy Uniwersytecie Warszawskim". Przepisane na maszynie egzemplarze składają 18 marca 1965 r. w komitetach uczelnianych PZPR i ZMS, rozdają też znajomym.
Tym razem partia nie ma wątpliwości - proces ma być. SB i prokuratura planują z iście sowieckim rozmachem: chcą osądzić wielki spisek trockistowski inspirowany z Zachodu. Na ławie oskarżonych miałoby zasiąść wielu historyków i takie postacie jak Jan Kott. Dziś ci, którzy wciąż mówią o trockizmie Kuronia i Modzelewskiego, powinni wiedzieć, że powtarzają diagnozy SB.
Ale władze partyjne nie dają zgody na to policyjne przedsięwzięcie. Nie z przyczyn humanitarnych ani ze względu na prawdę. Spisek trockistów osłabiłby pozycję decydentów PZPR wobec Moskwy. A poza tym partia chce pokazać, że to ona, a nie SB, decyduje, kto, za co i jak długo ma siedzieć. Perwersyjny spór w łonie dyktatury.
Akt oskarżenia obejmuje więc tylko Modzelewskiego i Kuronia. Ich aresztowanie, proces i wyrok (Kuroń - trzy lata, Modzelewski trzy i pół roku) wywołują wzburzenie i poczucie solidarności wśród warszawskiej partyjnej i niepartyjnej inteligencji. Solidarność demonstrują także ich przyjaciele i wychowankowie, późniejsi komandosi. Gdy obaj, już skazani, wychodzą z sali sądowej w kajdankach, Adam Michnik intonuje "Międzynarodówkę".
Tym procesem partia pożegnała się ostatecznie z październikową inteligencją, nastał czas krystalizacji niezgody i opozycyjnych postaw oraz wzmożenia działań władzy. Kulminacją tego procesu będzie Marzec '68.
Opisuję tę historię za książką Friszkego nie tylko z tego powodu, że jest mniej znana niż późniejsze sprzeciwy intelektualistów i twórców, represje, marcowe procesy. Przede wszystkim sprawa "Listu" ustanowiła wzór działań opozycyjnych - przeniesiony potem do KOR-u i częściowo do "Solidarności" - i stworzyła liderów, którzy kilka dekad później w niemałej mierze określą kształt III RP.
Decyzja Kuronia i Modzelewskiego, by pójść na otwartą konfrontację z władzą, ich nieugięte zachowanie w śledztwie i płomienne mowy podczas procesu stanowiły jeden z najważniejszych gestów moralnych i politycznych w komunistycznej Polsce. O wiele ważniejszy niż sama treść "Listu". Bo choć opowiadał się za wolnością jednostek i partii politycznych, był anachroniczny już wtedy, gdy powstał.
Z jego tezami nie zgadzali się rewizjoniści, jak Leszek Kołakowski, którzy formalnie jeszcze w partii, ale mentalnie już poza nią, coraz bardziej pragnęli nie utopijnej rewolucji i demokracji robotniczej, ale - co zdawało się równie nierealne - zwykłej demokracji parlamentarnej. Słabości "Listu" dostrzegali także wychowankowie Kuronia i Modzelewskiego, np. Adam Michnik wskazywał na brak kwestii narodowej.
Świetnie pokazuje Friszke, jak szybko po Październiku starzał się język, nawet opozycyjny, z obrębu komunistycznych idei. Gdy w 1967 r. Modzelewski i Kuroń wyszli z więzienia, myśleli jeszcze "Listem". Szybko zmienili sposób opisu świata - to Modzelewski wymyślił w styczniu 1968 r. hasło na demonstrację przeciw zdjęciu "Dziadów": "Niepodległość bez cenzury".
Komandosi, czyli kilka grup warszawskich studentów, już przed Marcem '68 byli zaprawieni w publicznych dyskusjach, głośnych protestach przeciw represjom spotykających ich samych i innych. Otwarcie przywoływali Katyń, kwestię niepodległości Polski, pakt Ribbentrop-Mołotow. Interesowali się Kościołem. Niektórzy, jak Adam Michnik, lider swego środowiska, i Seweryn Blumsztajn, mieli już krótkie doświadczenie więzienne przy okazji "Listu".
Komandosi działali w stylu Kuronia i Modzelewskiego: otwarcie konfrontowali się z systemem, przekraczając granice tego, co cenzuralne i co większość ludzi obawiała się powiedzieć. Oczywiście komunistyczna Polska była bardziej ich państwem niż choćby akowców wypuszczonych dekadę wcześniej ze stalinowskich więzień. Wielu rodziców komandosów wywodziło się z przedwojennej KPP, wielu współtworzyło komunizm w Polsce. Komandosi mieli poczucie, że atakując władzę, działają na własnym podwórku. Co, rzecz jasna, nie uchroniło ich przed wyrokami.
Kuroń i Modzelewski wiedzieli w 1967 r., że ich czas na wolności jest policzony. Atmosfera w Polsce gęstniała. Wcześniej, gdy na Uniwersytecie Warszawskim Leszek Kołakowski i Krzysztof Pomian w dziesiątą rocznicę Października ostro zaatakowali władze za brak wolności, zacofanie, represje wobec niepokornych, partia najpierw wyrzuciła ich, a potem licznych intelektualistów, którzy przeciw temu wyrzuceniu protestowali.
Te protesty mogą dziś wydawać się egzotyczne. Przecież wyrzuceni już dawno nie czuli z PZPR ani z systemem wspólnoty ideowej. Ale wiadomo było, że takie posunięcie może być wstępem do kolejnych represji. Chodziło też o zasadę: nikt nie ma cię prawa znikąd wyrzucić za poglądy.
Rok po tych wykluczeniach z partii Polska przypominała jeszcze bardziej państwo policyjne ucieleśnione przez antysemicki bolszewizm generała Moczara, wszechwładnego, jak się wydawało, szefa MSW. Naprzeciwko tej władzy stała część intelektualistów, twórców, środowiska komandoskie i coraz bardziej zbuntowana młodzież uniwersytecka. Na to partia pozwolić nie mogła. Pretekstu do rozprawy dostarczyły protesty przeciw zdjęciu "Dziadów" Mickiewicza. Co było dalej, wiemy. Wiece i strajki studenckie w całej Polsce, procesy i wyroki, masowe wyrzucanie ze studiów.
Friszke kończy opowieść marcowymi procesami środowisk komandoskich. Dwudziestoletnie dzieciaki znalazły się w rękach SB. W śledztwie doznali gróźb, szantażów, prowokacji, upokorzeń. Jedni znieśli to lepiej, inni gorzej. Ale, jak konkluduje Friszke, "nie potępiano i nie niszczono tych, którzy nie sprawdzili się w śledztwie. Jeśli tylko było to możliwe, wyciągnięto do nich rękę i umożliwiono powrót. Przedłużeniem tej zasady była zdolność do współdziałania z ludźmi, którzy nie byli tak zdeterminowani, i zarazem ośmielanie ich. Jest fenomenem, że lata walki i ciężkich doświadczeń nie zatruły tych rewolucjonistów (...). Pozostali zdolni do współdziałania z innymi i (...) do współtworzenia systemu demokratycznego państwa. Oraz - co się im często dziś zarzuca - całkowicie niezainteresowani odwetem, rozliczeniem dawnych prześladowców".
Powiedziałbym, że tak właśnie zaowocowały - ponad epokami - nauki Kuronia i Modzelewskiego.
Po lekturze pracy Friszkego nasuwają mi się dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, bez tej książki nie da się zrozumieć polskich lat 60., ówczesnych postaw i idei. Friszke wnikliwie pokazuje brutalność systemu i jego złożoność, wielkość i ograniczenia swych bohaterów. Otrzymaliśmy epopeję ludzkich losów w starciu z dyktaturą. Powinni ją przeczytać ci, którzy chcą wiedzieć. I ci zainteresowani dziejami polskiej lewicy, bo jest to także dziś nader rzadka opowieść o lewicowych źródłach patriotyzmu.
I po drugie, bez bohaterów Friszkego nasza demokracja byłaby znacznie gorsza.
Andrzej Friszke, "Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi", wydawnictwo Znak 2010