Ojciec nasz
zwany przez przyjaciół Julkiem był niezwykle pogodny, ciepły i pełen
humoru. Dla dobrego żartu mógł wiele zrobić. Opowiadał świetne
dowcipy zarówno gwarą śląską jak i zaciągając po lwowsku nie
gorzej niż nasza Mama,Wanda Rudeńska.
Bo mimo, że
urodził się w Sosnowcu, to Lwów i lwowianki pokochał
bezgranicznie .Po trochu był lwowskim baciarem. Dla mojego starszego
brata Jacka, był zawsze najwyższym autorytetem i z nim często
się naradzał. To właśnie Jacek napisać miał te wspomnienia.
Tak było umówione. Nie zdążył.
Rodzina
Julek już
w dzieciństwie przeszedł ostrą szkołę życia. W
mieszkaniu na Środuli, gdzie wyrastał mały Julek, odbywały
się szkolenia bojowców PPS. W wózku dziecinnym Julka przechowywano
w trakcie rewizji broń krótką i ulotki. Jak sam mówił już jako
dziecko siusiał na ulotki.
Wyrósł
w domu o tradycjach socjalistycznych. Ojciec Franciszek i jego stryjowie
Kostek i Władek byli bojowcami podziemnej Organizacji Bojowej PPS.
Julek opowiadał,
że Kostek w trakcie, gdy carscy żołnierze podchodzili pod dom, w
którym odbywało się szkolenie bojowców, chwycił przez rękawice
odlewnika rozgrzany żeliwny piecyk i rzucił nim w żołnierzy.
Został powołany do rosyjskiego wojska i wysłany do Władywostoku
, skąd już nie wrócił.
Władysław
za zorganizowanie w 1904r strajku przeciw mobilizacji do armii rosyjskiej
został aresztowany, wywieziony do Rosji i również po nim
zaginął słuch.
Mama, Karolina
z Krzemińskich, była niezwykle energiczną kobietą i wychowywała
dzieci na patriotów.
"Zapisany
byłem do sztabu kapitana Dreyzy - jako łącznik" - wspomina.
Opowiadał
jak bez wahania wszedł z kolegą przez okno na wartowanie
posterunku wojskowego i rozbroił żołnierzy niemieckich. Mówił,
że nawet chętnie dali się rozbroić. Otrzymał za to pamiątkową
odznakę nr 251 za "rozbrajanie Niemców i Austriaków w Sosonowcu
w dn. 11 listopada 1918r."
Miał
wtedy 13 lat.
" ...Końcem
1918r, gdy większe od głodowych racje żywnościowe przyznawano tylko
górnikom znalazłem się wśród załogi kopalni Barbara w Niwce, jak
szumnie nazywała się odkrywka, popularnie zwana duklą, a położona
w samym pasie granicznym (20m od Mysłowic), a fedrująca filary
po rabunku zatopionej Emmy..." - wspomina.
"... Dzięki
mojej znajomości gwary śląskiej, której nauczyłem się od babki
ślązaczki, Marianny z Płaszów, już wiosną 1919r., na polecenie
kowala z Barbary - Walera, nosiłem na Śląsk, który ciągle był
niemiecki "Kocyndra", czy "Karnika z Kocyndra" - pismo otrzymywane
w Sosnowcu przy ulicy Dęblińskiego, gdzie była drukarnia ..." -
wspomina.
"Proklamacja
Sieleckiej Republiki Rad /listopad 1919r/. Byłem chyba najmłodszym
rusznikarzem Czerwonej Gwardii /ochrony Republiki Sielc / kopalni Renard
/dziś Lenina/ zapoznających górników z maszynerią karabinów /sic!/
czego nauczyłem się od landwery, wyręczających się naszymi rękami,
czyszcząc im karabiny /!/?"- wspomina
Ochotniczo,
jako 15-latek walczył w baterii artylerii w wojnie 1920r.
Wspomina: "Pamiętam
doskonale to trwożne oczekiwanie, jakie ogarnęło wojsko polskie już
częściowo wycofane na lewy brzeg Wisły na odcinku Dęblin - Warszawa.
Jednostki te miały stanowić druga linie obrony w przypadku niemożności
utrzymania stolicy w rękach polskich. 4 bateria 2 PAC Legionów w której
szeregach walczyłem, po rozbiciu jej podczas odwrotu znad Berezyny,
zaliczona została do ugrupowania tej drugiej linii obrony / 2 armia/
i formowała się właśnie we wsi Wacyna, parę kilometrów od Radomia.
Opowiem nieco obszerniej o wydarzeniach, warunkach życia i nastrojach
mojej baterii. Powtarzały się one zresztą aż nazbyt często, także
w innych oddziałach wojska polskiego, które dramatyczne lato 1920
roku przeżyły w odwrocie spod Kijowa i znad Berezyny.
2 pułk artylerii
ciężkiej, już bez ciężkich dział, które zostawił nieprzyjacielowi
w forsownym odwrocie, stacjonował w większej swej części w pobliżu
Radomia, zaś swoją bazę uzupełniającą i kadrowa posiadał wraz
z całą dywizyjną piechotą w drugiej dywizji piechoty Legionów,
stacjonującej w Kielcach. Wieś Wacyn, miejsce postoju baterii, w której
służyłem w stopniu bombardiera (czyli starszego szeregowca), oddalona
była zaledwie o cztery kilometry od Radomia, w okolicy bezleśnej i
równinnej".
Po powrocie
z wojny razem ze swoim Ojcem uczestniczył w Powstaniu Śląskim.
Był zapalonym
piłkarzem i lekkoatletą - uchodził za tzw. talent sportowy. Musiał
być niezłym sportowcem bo nucił czasami przy goleniu piosenkę klubową:
"Mamy kapitana Kuronia Juliana / sława jego oczywista / bo to klawy
futbolista?"
Lwów
Okres lwowski
zaczyna się dla Julka jesienią 1925r., kiedy podejmuje studia
na Politechnice Lwowskiej na wydziale Mechanicznym.
Aktywnie działa
w Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej "Życie". W 1927r. wstępuje
do PPS. Jak napisał we wspomnieniach: "Lata 1925-1936 są
dla mnie najbujniejsze i najbardziej owocne w pracy redakcyjnej zarówno
nielegalnej jak i codziennej, zwłaszcza w pismach jednolitofrontowych.
W tym okresie często jestem aresztowany, zatrzymywany (zwłaszcza przed
1 maja) oraz sądzony w Krakowie (w październiku 1933r). W świetle
faszyzacji kraju i wzrostu niebezpieczeństwa wojny w związku z dojściem
Hitlera do władzy, jest współautorem wspólnego wystąpienia w 1936r.
o natychmiastową akcję zjednoczenia wszystkich demokratycznych i
postępowych sił Polski.
Zimą
1932r poznaje niezwykłej urody studentkę prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego
Wandę Rudeńską. Ślub w 1933r jest niewątpliwym mezaliansem. Ona
z rodziny herbowej, profesorsko-generalskiej Modelskich z korzeniami
rodzinnymi z 1620r - tzw. dobra partia, on z rodziny robotniczej.
Pracuje jako
dziennikarz w "Wieku Nowym" i "Dzienniku Ludowym".
W marcu 1934r.
przychodzi na świat Jacek. Niemowlę słabe i natychmiast ochrzczone,
bo bano się, że nie przeżyje. Jacek nie tylko przeżył, ale
znacznie później dzięki niemu nie przeżył komunizm w Polsce
i na świecie. Słabowity Jacuś cementuje Rodzinę i wszystkie ciotki
kochają go bezgranicznie.
Julek, przy
przerażeniu ciotek, nosi Jacka na "barana" na wszystkie demonstracje
PPS. Jest z nim 14 kwietnia 1936r na pogrzebie W.Kozaka ,który został
ostrzelany przez policje. We Lwowie doszło wtedy do bardzo poważnych
rozruchów i strajku generalnego. Nikt we Lwowie nie poszedł wtedy
do pracy.
Jest współorganizatorem
Lwowskiego Zjazdu Pracowników Kultury, który odbywa się 16 maja
w atmosferze rewolucji, która od kwietnia panowała na ulicach Lwowa
i trwała nadal w pamiętne dni Zjazdu. "Minęło 20 lat. Jednak do
dziś pamiętamy tę wspaniałą chwilę, kiedy nabita po brzegi sala
lwowskiego Teatru Wielkiego, w odpowiedzi na słowa wiersza Wł. Broniewskiego:
"Na Hutę, Bankową, na Reden... - Zapalać! Gotowe? - odpowiedziała
- Gotowe!" - wspominał w 1956r.
Sowiecka
okupacja Lwowa
We wrześniu
1939r, wykorzystując doświadczenie z wojny 1920r, jako cywil uczestniczy
w obronie Lwowa w przed nacierającymi wojskami niemieckimi w baterii
artylerii stacjonującej przy ul. Stryjskiej. Dowódca obrony Lwowa,
gen. J.Langer podaje Lwów bez walki wojskom sowieckim.
Lwów radziecki
jest dla Julka przygnębiający. Wspomina, że od tego czasu stoi w
kolejkach po dziś dzień. Od września mieszka z nami nasz siostrzeniec
Wacek Sukniewicz, którego rodzice przyprowadzili do nas na krótko
- "do końca wojny". Ojciec Wacka przechodzi przez Lwów w oficerskiej
kolumnie jeńców, która zatrzymuje się na noc.
Zostaje zwolniony
przez konwojenta "aby pożegnać się z synem". Przychodzi do naszego
mieszkania przy ulicy Stryjskiej. Julek radzi mu, aby już nie wracał.
Stanisław mówi - musze wrócić, bo dałem oficerskie słowo honoru.
Stanisław zginął w Katyniu.
Z sowieckiego
Lwowa Ojciec opowiadał dwie anegdoty. Pierwszą o golibrodzie,
który w swoim zakładzie stawiał pijawki i w czasie wyborów
do Rady Najwyższej Związku Sowieckiego, obok plakatów kandydatów
umieścił napis - "świeże pijawki". Trafił do kopalni w Donbasie,
a gdy po wojnie spotkał Julka to mówił do niego - "Panie inżynierze.
Bereza Kartuska - w której siedział przed wojną - to była wilegiatura".
Drugą
też o wyborach, ale do Zakładowej Rady Związków Zawodowych.
W trakcie zgłoszenia kandydatów z sali starszy robotnik przywykły
do demokratycznych wyborów zgłosił "nie przewidzianego" kandydata.
Prowadzący zebranie zwrócił się z pytaniem do zgłaszającego "w
czyim imieniu zgłasza". Odpowiedź wydała się prosta "no my,
w kilku kolegów umówiliśmy się". Prowadzący do kolegi w prezydium
"Wasia dzwoń po NKWD, bo mamy w zakładzie tajną organizację".
Jako sekretarz
Syndykatu Dziennikarzy organizuje pomoc dla pisarzy i dziennikarzy,
którzy tu trafili z Warszawy.
Pod koniec
maja 1941r. jest zatrzymany przez NKWD i więziony w obozie na peryferiach
Lwowa. Przekupuje strażnika i świtem wychodzi z obozu. Ma na plecach
marynarki wymalowany pas. Wędruje więc w chłodny poranek z marynarką
przełożoną przez rękę.
Niemiecka
okupacja Lwowa
"W czasie okupacji niemieckiej
Henryk Kuroń utrzymywał się z rodziną z pracy w rzemieślniczych
warsztatach mechanicznych, będąc jednocześnie (pod pseudonimem "Krzem")
pracownikiem Oddziału VI Sztabu Okręgu Lwowskiego Armii Krajowej.
Oddział VI był Biurem Informacji i Propagandy oraz Walki Cywilnej
- w skrócie nazywany BIPem. Odważny, pomysłowy, pogodny z usposobienia
i z dużym poczuciem humoru, łatwo zjednywał sobie ludzi. Mając z
okresu swej pracy w dziennikarstwie liczne znajomości wśród dawnych
lwowskich działaczy politycznych, społecznych, a nawet sportowych
(przed wojną był także prasowym sprawozdawcą sportowym) umiejętnie
współdziałał z nimi w konspiracji. Zależnie od potrzeb i możliwości
pracował w informacji, w nasłuchu radiowym, w redagowaniu tekstów,
w spełnianiu wielu zadań Wydziału Walki Cywilnej. Wykonywał też
wiele zadań specjalnych, wymagających największego zaufania.
Tego rodzaju zadaniem była
np. pomoc Henryka Kuronia w legalizacji i ukrywaniu przybyłych z Londynu
do Lwowa spadochroniarzy - majora Wiktora Zarębińskiego
("Kmity") i majora Jana Lecha ("Cera") późniejszego szefa
sztabu Okręgu lwowskiego. Dużo odwagi wymagały też kontakty Kuronia
z oficerami węgierskimi w sprawie dostarczania broni dla polskich oddziałów
partyzanckich. Świadkiem pomyślnego wyniku takich porozumień jest
także kierowniczka łączności BIPu "Henryka", która z mieszkania
Kuroniów przenosiła pistolety maszynowe na punkty odbioru. Wypada
też przypomnieć udział Kuronia w pomaganiu ludziom zagrożonym i
spalonym, a wreszcie - podobnie jak czynili to inni pracownicy BIPu
- jego udział w ratowaniu Żydów." - napisał we wspomnieniach
dowódca Julka Wojciech Myślenicki "Nemo", podporucznik czasu wojny,
szef Oddziału VI Sztabu Okręgu Lwowskiego AK.
W dokumencie ojca znajduje
się oświadczenie notarialne następującej treści: "znamy
bardzo dobrze od 30 lat i od tego czasu z Nim się przyjaźnimy. Wiemy
więc dobrze, że od jesieni 1939r mieszkając wówczas we Lwowie, aż
do końca 1944r brał czynny udział w pracach AK (Armii Krajowej).
W szczególności wiemy, że ob.Henryk Kuroń, będąc właścicielem
warsztatu ślusarskiego we Lwowie przy ul.Łyczakowskiej 6 - oddał
swój lokal całkowicie do dyspozycji Kedywu AK. Gdy Gestapo trafiło
na ślad Jego działalności uciekł przed aresztowaniem w czerwcu 1944r
udając się do Warszawy.
Powyższe dane są nam
znane stąd, że w pracy AK stykaliśmy się osobiście. Podpisany dr
Władysław Świrski, był wówczas zastępcą delegata Rządu Lodyńskiego
na okręg lwowski, a dr Kazimierz Świrski był kierownikiem służby
cywilnej na woj. tarnopolskie. Dr Władysław Świrski używał pseudonimu
"Ryszard", a dr Kazimierz Świrski używał pseudonimu "Tytus"
i "Jakób". Dr Władysław Świrski był jednocześnie redaktorem
pisma AK "Wytrwamy".
Dokument podpisany przez dr
Władysława Świrskiego i dr Kazimierza Bronisława Świrskiego.
"Obok pracy
w fabryce prowadziłem warsztat instalacji sanitarnej przy ul. Łyczakowskiej
16. Obok był warsztat mego znajomego Kormusa, który przechodząc do
pracy w fabryce oddał mi klucze do swego warsztatu. Ten właśnie lokal,
do którego wchodziło się bezpośrednio z ulicy okazał się znakomitym
lokum dla wielu uciekinierów i miejscem wielu spotkań. Lokal przetrwał
całą wojnę, a urządzony był arcysprytnie. Opuszczoną żaluzję
otworzyć można było podważając dźwignię zatrzasku zwykłym
gwoździem lub patykiem. Od wewnątrz zawieszony był klucz. Wtajemniczony
łatwo dostawał się do lokalu i w najgorszym razie nikt więcej poza
obecnymi nie był narażony. Tam też spotkałem się z Markusem. Był
to mężczyzna raczej młody, dobrze zbudowany. Zaraz na wstępie oświadczył
mi, że potrzebuje broni, bo organizuje grupę bojowców w getcie. Mówił
nawet ilu ich jest zorganizowanych.
Witam jeszcze
jednego poetę naszego romantycznego narodu. To powiedzenie speszyło
nieco naszego bojowca. W toku dalszych wywodów, w których wyłuszczałem,
że młodzi ludzie wolni powinni iść do lasu i że to im ułatwię.
Przyznał mi rację. W toku dalszej rozmowy okazało się, że Markus
pracuje przy tankowaniu benzyny.
Po długich
rozmowach i naradach z dr Władysławem Świrskim, mieszkającym obecnie
we Wrocławiu już przy trzecim kontakcie Markus otrzymał
pistolet i 3 komplety dokumentów.
Dokumenty otrzymywałem
za pośrednictwem dr inż. Karola E. obecnego pracownika naukowego
w Krakowie. Wręczałem mu tylko fotografię i po trzech dniach
zainteresowany otrzymywał odpowiednie dokumenty. Wiem natomiast,
że osobnik, który zmuszony był zmienić miejsce pobytu, a którego
dobrze się znało, mógł liczyć na wszelkie udogodnienia.
Nie pamiętam
ilu osobnikom ułatwiłem otrzymanie dokumentów, w każdym razie dość
dużo" - wspomina.
Jest niezwykle
aktywny prowadzi nasłuchy radiowe, wydaje gazetkę konspiracyjną "Wytrwamy"
w swoim warsztacie przy ul.Łyczakowskiej 16 wytwarza materiały żrące
wykorzystywane przy sabotażu na kolei, przechowuje broń, ukrywa
Żydów.
Wraz z dwoma
skoczkami spadochronowymi z Londynu podpala magazyny benzyny lotniczej
na terenach Targów Wschodnich. "Skutek był piorunujący, Wybuch
i po tym pokazały się krwawe języki ognia. Pospiesznie zaczęliśmy
się wycofywać. Zbiegając po oblodzonym stoku pagórka w parku stryjskim
major W.Zarębiński złamał nogę. Na szczęście nie zdążyłem
się oddalić zbyt daleko. Wróciłem. Trudno tu opisać koszmar powrotnej
drogi we dwójkę, z osobnikiem o wadze chyba ze 100 kg, gdy samemu
waży 75 i jest się niższym o głowę. Trudno również opisać jak
niektórzy dobrzy znajomi nie otwierali nawet drzwi. Nie trzeba dodawać,
że taki powrót nocą, gdy miasto było na nogach z powodu pożaru
wielkiego był tylko do pomyślenia dla osobnika, który znał dobrze
każdy zakamarek miasta. Ostatecznie bez słowa przyjęła nas, a właściwie
majora Zarębińskiego mieszkająca na Górze Jacka (tak nazywała się
ulica), żona obecnego profesora SGGW dr. Lesława Dreszera" - wspomina.
W Oświadczeniu
Notarialnym - Ojciec napisał - "Sabina Rapp zaopatrzoną
w papiery nieżyjącej mojej szwagierki Bronisławy Rudeńskiej umieściłem
w szpitalu dla zakaźnie chorych na Zamarstynowie. Po likwidacji getta
ze 150000 mieszkańców pozostało 5000 z których utworzono tzw.Judenlager,
którego komendantem został SS-owiec Grzymek ..." Ina Rapp pisze
23 czerwca 1946r z Bytomia ".. Niestety z mojej rodziny nie spotkałam
ani jednej żywej duszy. Ciebie Juleczku wspominam z największą sympatią
i wdzięcznością, zdaje sobie sprawę z tego ,że bez Twojej pomocy
mnie już dawno na świecie by nie było. Ty byłeś moim dobrym aniołem
który zjawiał się zawsze w ciężkich chwilach i tego Ci nie zapomnę ..."
Poszukiwany
przez Gestapo wywozi rodzinę do Rabki Zaryte do willi "Sławoj",
a sam ukrywa w Herbach (w Rzeszy) i pracuje przy elektryfikacji kolei.
Po wojnie
Po zakończeniu
wojny odbudowuje dwa mosty na Rabie i już w marcu jest w Krakowie.
W styczniu
1947r cała nasza Rodzina przenosi się do Warszawy do mieszkania
przy ul.Mickiewicza 27.
Mieszkanie
to było zawsze schronieniem dla lwowiaków, kolegów z PPS, walterowców
i dziesiątków różnych ludzi, którzy w nim znajdowali talerz zupy
i nocleg. Przez wiele lat było bezpiecznym azylem. Przeszło do historii
jako miejsce, gdzie można było przez całą dobę zatelefonować i
zgłosić represje lub zawiadomić o strajku, a Jacek telefonował do
RWE. Gigantyczne rachunki za telefon płaci ze stoickim spokojem mówiąc,
że ktoś musi utrzymywać tą opozycję i dodawał, że Kuronie nigdy
nie byli żołnierzami, ale walczyli we wszystkich powstaniach i wojnach.
W Warszawie
Julek organizuje Instytut Wydawniczy SIMP - pierwsze po wojnie wydawnictwo
techniczne. Organizuje Kongres Inżynierów. Wstępując do PPS. Jest
redaktorem naczelnym Państwowych Wydawnictw Szkolnictwa Zawodowego.
Jest autorem wielu książek technicznych i popularnych, takich jak
m.in. "Artyzm w wyrobach z metalu - o sztuce kowalstwa", czy "1000
i jeden porad".
O swojej działalności
w AK i przeżyciach wojennych zaczął opowiadać dopiero po 1970r.
Do tego czasu dla "bezpieczeństwa" pozostał w konspiracji.
Wychowuje obok
synów Jacka i Felka siostrzeńca żony, Wacka Sukniewicza, który był
u nas od września 1939r i był dla niego jakby trzecim synem.
Wszyscy trzej
sprawiamy mu mnóstwo kłopotów, ale Julek radzi sobie z nami znakomicie.
Słynna jest opowieść Julka o posłuszeństwie chłopców, którzy
zawsze wykonują jego polecenia. Julek mówił do nas "zrobicie
to ... albo nie" i polecenie było tak czy tak wykonane.
Najwięcej
kłopotów sprawia mu Jacek, którego wyrzucili przynajmniej z trzech
szkół na Żoliborzu. Julek cierpliwie szedł do nowej szkoły
dla Jacka i tłumaczył dyrektorce, że do jakiejś szkoły
musi przecież chodzić, aby nie wyrósł na tumana.
Musiał
być skuteczny, bo Jacek skończył szkołę i Uniwersytet
Warszawski. Gdzie wprawdzie też narozrabiał, ale już ojca
nie wzywano na wywiadówkę.
Jest jeszcze
jeden ważny szczegół dotyczący ukończenia studiów przez Jacka.
Jacek uzyskał absolutorium na wydziale historii UW w 1957r. Od tego
czasu nasz Ojciec wciąż mobilizował Jacka, aby ukończył pracę
magisterską.
Jacek jak to
on zawsze miał tysiące innych ważniejszych spraw na głowie.
Mimo to Ojciec konsekwentnie przypominał Jackowi - "co z twoją
pracą magisterską!"
Ojciec osiągnął
swoje i pod koniec czerwca 1964r. Jacek obronił pracę magisterską
na temat: Elementy faszyzmu w ideologii Obozu Narodowej Demokracji (1919-1926).
Co jest w tym
ważne, że w połowie września tego roku Jacek został zatrzymany
na 48 godzin za przygotowywanie z K. Modzelewskim - Listu Otwartego
i gdy w jakiś czas później na procesie padło pytanie do Jacka -
jakie ma wykształcenie, mógł spokojnie odpowiedzieć - magister
historii. Zobaczyłem wówczas oczyma wyobraźni Ojca i jego starania.
Mnie namówił,
abym poszedł w jego ślady i skończył studia politechniczne.
"Będziesz miał synu konkretny zawód, a co będziesz robił
to czas pokaże" - mówił do mnie. Jak zawsze miał
rację. Burze, które przetoczyły się nad naszym domem po Liście
Otwartym mojego brata i później, nie biły we mnie "piorunami".
Tylko kilka przesłuchań i żadnych zatrzymań. W więzieniu bywałem
tylko na widzeniach. Nigdy tak jak mój brat, nie byłem w "oku cyklonu".
W późniejszym
czasie, za syna, dokuczano Julkowi w inny sposób. Utracił pracę w
Wydawnictwach i ratował się pracą w Spółdzielni Inwalidów w Otwocku.
Nasza mama też utraciła pracę Radcy Prawnego.
Życie Julka
nie było łatwe, ale tak długo gdy to od Niego zależało, stawał
Losowi naprzeciw.
Gorzej znosił
represje wobec syna i jego Rodziny. Bolało go, że był bezradny.
Gdy grupa bojówkarzy
napadła na jego mieszkanie, w którym miał się odbyć
wykład Uniwersytetu Latającego, w stanie ciężkim przewieziono Julka
do szpitala.
Gwiezdny czas
solidarności był dla ojca okresem spokoju, ale zawsze mówił,
że nie można komunistom zbyt ufać. Nie pomylił się.
W stanie wojennym
jest sam. Jacek, Gaja i ich syn Maciej, z którymi mieszkał są
internowani. Nie chce przenieść się do mojego mieszkania, bo
wciąż wierzy, że oni lada chwila wrócą z więzienia. Dostaje wylewu
i umiera 17 września 1982r. po wysłuchaniu przemówienia w Sejmie
gen. C. Kiszczaka, który potępia "wichrzycieli" solidarności
i składa wniosek o zmianę sankcji Jacka z internowania na więzienie.
Pan inżynier,
bo tak Julka nazywano został wszystkim w pamięci w kuchni mieszkania
przy ul.Mickiewicza 27, gdy każdego wchodzącego częstował zupą,
którą z lubością gotował dla Przyjaciół.
Nie ma już
Julka i takiej zupy.
Andrzej F.
Kuroń
Więcej
informacji o Rodzinie Kuroniów w internecie na stronie www.kuron.pl. Skrócona wersja wspomnień
ukazała się w Gazecie Stołecznej
- Gazety Wyborczej w dniu 18-01-2006r