i i
Wspomnienia o Ojcu.

Henryk Kuroń - Julek (1905r-1982r)

Ojciec nasz zwany przez przyjaciół Julkiem był niezwykle pogodny, ciepły i pełen humoru. Dla dobrego żartu mógł wiele zrobić. Opowiadał świetne dowcipy zarówno gwarą śląską jak i zaciągając po lwowsku nie gorzej niż nasza Mama,Wanda Rudeńska.

Bo mimo, że urodził się w Sosnowcu, to Lwów i lwowianki pokochał bezgranicznie .Po trochu był lwowskim baciarem. Dla mojego starszego brata Jacka, był zawsze najwyższym autorytetem i z nim często się naradzał. To właśnie Jacek napisać miał te wspomnienia. Tak było umówione. Nie zdążył.

Rodzina

Julek już w dzieciństwie przeszedł ostrą szkołę życia. W mieszkaniu na Środuli, gdzie wyrastał mały Julek, odbywały się szkolenia bojowców PPS. W wózku dziecinnym Julka przechowywano w trakcie rewizji broń krótką i ulotki. Jak sam mówił już jako dziecko siusiał na ulotki.

Wyrósł w domu o tradycjach socjalistycznych. Ojciec Franciszek i jego stryjowie Kostek i Władek byli bojowcami podziemnej Organizacji Bojowej PPS.

Julek opowiadał, że Kostek w trakcie, gdy carscy żołnierze podchodzili pod dom, w którym odbywało się szkolenie bojowców, chwycił przez rękawice odlewnika rozgrzany żeliwny piecyk i rzucił nim w żołnierzy. Został powołany do rosyjskiego wojska i wysłany do Władywostoku , skąd już nie wrócił.

Władysław za zorganizowanie w 1904r strajku przeciw mobilizacji do armii rosyjskiej został aresztowany, wywieziony do Rosji i również po nim zaginął słuch.

Mama, Karolina z Krzemińskich, była niezwykle energiczną kobietą i wychowywała dzieci na patriotów.

"Zapisany byłem do sztabu kapitana Dreyzy - jako łącznik" - wspomina.

Opowiadał jak bez wahania wszedł z kolegą przez okno na wartowanie posterunku wojskowego i rozbroił żołnierzy niemieckich. Mówił, że nawet chętnie dali się rozbroić. Otrzymał za to pamiątkową odznakę nr 251 za "rozbrajanie Niemców i Austriaków w Sosonowcu w dn. 11 listopada 1918r."

Miał wtedy 13 lat.

" ...Końcem 1918r, gdy większe od głodowych racje żywnościowe przyznawano tylko górnikom znalazłem się wśród załogi kopalni Barbara w Niwce, jak szumnie nazywała się odkrywka, popularnie zwana duklą, a położona w samym pasie granicznym (20m od Mysłowic), a fedrująca filary po rabunku zatopionej Emmy..." - wspomina.

"... Dzięki mojej znajomości gwary śląskiej, której nauczyłem się od babki ślązaczki, Marianny z Płaszów, już wiosną 1919r., na polecenie kowala z Barbary - Walera, nosiłem na Śląsk, który ciągle był niemiecki "Kocyndra", czy "Karnika z Kocyndra" - pismo otrzymywane w Sosnowcu przy ulicy Dęblińskiego, gdzie była drukarnia ..." - wspomina.

"Proklamacja Sieleckiej Republiki Rad /listopad 1919r/. Byłem chyba najmłodszym rusznikarzem Czerwonej Gwardii /ochrony Republiki Sielc / kopalni Renard /dziś Lenina/ zapoznających górników z maszynerią karabinów /sic!/ czego nauczyłem się od landwery, wyręczających się naszymi rękami, czyszcząc im karabiny /!/?"- wspomina

Ochotniczo, jako 15-latek walczył w baterii artylerii w wojnie 1920r.

Wspomina: "Pamiętam doskonale to trwożne oczekiwanie, jakie ogarnęło wojsko polskie już częściowo wycofane na lewy brzeg Wisły na odcinku Dęblin - Warszawa. Jednostki te miały stanowić druga linie obrony w przypadku niemożności utrzymania stolicy w rękach polskich. 4 bateria 2 PAC Legionów w której szeregach walczyłem, po rozbiciu jej podczas odwrotu znad Berezyny, zaliczona została do ugrupowania tej drugiej linii obrony / 2 armia/ i formowała się właśnie we wsi Wacyna, parę kilometrów od Radomia. Opowiem nieco obszerniej o wydarzeniach, warunkach życia i nastrojach mojej baterii. Powtarzały się one zresztą aż nazbyt często, także w innych oddziałach wojska polskiego, które dramatyczne lato 1920 roku przeżyły w odwrocie spod Kijowa i znad Berezyny.

2 pułk artylerii ciężkiej, już bez ciężkich dział, które zostawił nieprzyjacielowi w forsownym odwrocie, stacjonował w większej swej części w pobliżu Radomia, zaś swoją bazę uzupełniającą i kadrowa posiadał wraz z całą dywizyjną piechotą w drugiej dywizji piechoty Legionów, stacjonującej w Kielcach. Wieś Wacyn, miejsce postoju baterii, w której służyłem w stopniu bombardiera (czyli starszego szeregowca), oddalona była zaledwie o cztery kilometry od Radomia, w okolicy bezleśnej i równinnej".

Po powrocie z wojny razem ze swoim Ojcem uczestniczył w Powstaniu Śląskim.

Był zapalonym piłkarzem i lekkoatletą - uchodził za tzw. talent sportowy. Musiał być niezłym sportowcem bo nucił czasami przy goleniu piosenkę klubową: "Mamy kapitana Kuronia Juliana / sława jego oczywista / bo to klawy futbolista?"

Lwów

Okres lwowski zaczyna się dla Julka jesienią 1925r., kiedy podejmuje studia na Politechnice Lwowskiej na wydziale Mechanicznym.

Aktywnie działa w Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej "Życie". W 1927r. wstępuje do PPS. Jak napisał we wspomnieniach: "Lata 1925-1936 są dla mnie najbujniejsze i najbardziej owocne w pracy redakcyjnej zarówno nielegalnej jak i codziennej, zwłaszcza w pismach jednolitofrontowych. W tym okresie często jestem aresztowany, zatrzymywany (zwłaszcza przed 1 maja) oraz sądzony w Krakowie (w październiku 1933r). W świetle faszyzacji kraju i wzrostu niebezpieczeństwa wojny w związku z dojściem Hitlera do władzy, jest współautorem wspólnego wystąpienia w 1936r. o natychmiastową akcję zjednoczenia wszystkich demokratycznych i postępowych sił Polski.

Zimą 1932r poznaje niezwykłej urody studentkę prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego Wandę Rudeńską. Ślub w 1933r jest niewątpliwym mezaliansem. Ona z rodziny herbowej, profesorsko-generalskiej Modelskich z korzeniami rodzinnymi z 1620r - tzw. dobra partia, on z rodziny robotniczej.

Pracuje jako dziennikarz w "Wieku Nowym" i "Dzienniku Ludowym".

W marcu 1934r. przychodzi na świat Jacek. Niemowlę słabe i natychmiast ochrzczone, bo bano się, że nie przeżyje. Jacek nie tylko przeżył, ale znacznie później dzięki niemu nie przeżył komunizm w Polsce i na świecie. Słabowity Jacuś cementuje Rodzinę i wszystkie ciotki kochają go bezgranicznie.

Julek, przy przerażeniu ciotek, nosi Jacka na "barana" na wszystkie demonstracje PPS. Jest z nim 14 kwietnia 1936r na pogrzebie W.Kozaka ,który został ostrzelany przez policje. We Lwowie doszło wtedy do bardzo poważnych rozruchów i strajku generalnego. Nikt we Lwowie nie poszedł wtedy do pracy.

Jest współorganizatorem Lwowskiego Zjazdu Pracowników Kultury, który odbywa się 16 maja w atmosferze rewolucji, która od kwietnia panowała na ulicach Lwowa i trwała nadal w pamiętne dni Zjazdu. "Minęło 20 lat. Jednak do dziś pamiętamy tę wspaniałą chwilę, kiedy nabita po brzegi sala lwowskiego Teatru Wielkiego, w odpowiedzi na słowa wiersza Wł. Broniewskiego: "Na Hutę, Bankową, na Reden... - Zapalać! Gotowe? - odpowiedziała - Gotowe!" - wspominał w 1956r.

Sowiecka okupacja Lwowa

We wrześniu 1939r, wykorzystując doświadczenie z wojny 1920r, jako cywil uczestniczy w obronie Lwowa w przed nacierającymi wojskami niemieckimi w baterii artylerii stacjonującej przy ul. Stryjskiej. Dowódca obrony Lwowa, gen. J.Langer podaje Lwów bez walki wojskom sowieckim.

Lwów radziecki jest dla Julka przygnębiający. Wspomina, że od tego czasu stoi w kolejkach po dziś dzień. Od września mieszka z nami nasz siostrzeniec Wacek Sukniewicz, którego rodzice przyprowadzili do nas na krótko - "do końca wojny". Ojciec Wacka przechodzi przez Lwów w oficerskiej kolumnie jeńców, która zatrzymuje się na noc.

Zostaje zwolniony przez konwojenta "aby pożegnać się z synem". Przychodzi do naszego mieszkania przy ulicy Stryjskiej. Julek radzi mu, aby już nie wracał. Stanisław mówi - musze wrócić, bo dałem oficerskie słowo honoru. Stanisław zginął w Katyniu.

Z sowieckiego Lwowa Ojciec opowiadał dwie anegdoty. Pierwszą o golibrodzie, który w swoim zakładzie stawiał pijawki i w czasie wyborów do Rady Najwyższej Związku Sowieckiego, obok plakatów kandydatów umieścił napis - "świeże pijawki". Trafił do kopalni w Donbasie, a gdy po wojnie spotkał Julka to mówił do niego - "Panie inżynierze. Bereza Kartuska - w której siedział przed wojną - to była wilegiatura".

Drugą też o wyborach, ale do Zakładowej Rady Związków Zawodowych. W trakcie zgłoszenia kandydatów z sali starszy robotnik przywykły do demokratycznych wyborów zgłosił "nie przewidzianego" kandydata. Prowadzący zebranie zwrócił się z pytaniem do zgłaszającego "w czyim imieniu zgłasza". Odpowiedź wydała się prosta "no my, w kilku kolegów umówiliśmy się". Prowadzący do kolegi w prezydium "Wasia dzwoń po NKWD, bo mamy w zakładzie tajną organizację".

Jako sekretarz Syndykatu Dziennikarzy organizuje pomoc dla pisarzy i dziennikarzy, którzy tu trafili z Warszawy.

Pod koniec maja 1941r. jest zatrzymany przez NKWD i więziony w obozie na peryferiach Lwowa. Przekupuje strażnika i świtem wychodzi z obozu. Ma na plecach marynarki wymalowany pas. Wędruje więc w chłodny poranek z marynarką przełożoną przez rękę.

Niemiecka okupacja Lwowa

"W czasie okupacji niemieckiej Henryk Kuroń utrzymywał się z rodziną z pracy w rzemieślniczych warsztatach mechanicznych, będąc jednocześnie (pod pseudonimem "Krzem") pracownikiem Oddziału VI Sztabu Okręgu Lwowskiego Armii Krajowej. Oddział VI był Biurem Informacji i Propagandy oraz Walki Cywilnej - w skrócie nazywany BIPem. Odważny, pomysłowy, pogodny z usposobienia i z dużym poczuciem humoru, łatwo zjednywał sobie ludzi. Mając z okresu swej pracy w dziennikarstwie liczne znajomości wśród dawnych lwowskich działaczy politycznych, społecznych, a nawet sportowych (przed wojną był także prasowym sprawozdawcą sportowym) umiejętnie współdziałał z nimi w konspiracji. Zależnie od potrzeb i możliwości pracował w informacji, w nasłuchu radiowym, w redagowaniu tekstów, w spełnianiu wielu zadań Wydziału Walki Cywilnej. Wykonywał też wiele zadań specjalnych, wymagających największego zaufania.

Tego rodzaju zadaniem była np. pomoc Henryka Kuronia w legalizacji i ukrywaniu przybyłych z Londynu do Lwowa spadochroniarzy - majora Wiktora Zarębińskiego ("Kmity") i majora Jana Lecha ("Cera") późniejszego szefa sztabu Okręgu lwowskiego. Dużo odwagi wymagały też kontakty Kuronia z oficerami węgierskimi w sprawie dostarczania broni dla polskich oddziałów partyzanckich. Świadkiem pomyślnego wyniku takich porozumień jest także kierowniczka łączności BIPu "Henryka", która z mieszkania Kuroniów przenosiła pistolety maszynowe na punkty odbioru. Wypada też przypomnieć udział Kuronia w pomaganiu ludziom zagrożonym i spalonym, a wreszcie - podobnie jak czynili to inni pracownicy BIPu - jego udział w ratowaniu Żydów." - napisał we wspomnieniach dowódca Julka Wojciech Myślenicki "Nemo", podporucznik czasu wojny, szef Oddziału VI Sztabu Okręgu Lwowskiego AK.

W dokumencie ojca znajduje się oświadczenie notarialne następującej treści: "znamy bardzo dobrze od 30 lat i od tego czasu z Nim się przyjaźnimy. Wiemy więc dobrze, że od jesieni 1939r mieszkając wówczas we Lwowie, aż do końca 1944r brał czynny udział w pracach AK (Armii Krajowej). W szczególności wiemy, że ob.Henryk Kuroń, będąc właścicielem warsztatu ślusarskiego we Lwowie przy ul.Łyczakowskiej 6 - oddał swój lokal całkowicie do dyspozycji Kedywu AK. Gdy Gestapo trafiło na ślad Jego działalności uciekł przed aresztowaniem w czerwcu 1944r udając się do Warszawy.

Powyższe dane są nam znane stąd, że w pracy AK stykaliśmy się osobiście. Podpisany dr Władysław Świrski, był wówczas zastępcą delegata Rządu Lodyńskiego na okręg lwowski, a dr Kazimierz Świrski był kierownikiem służby cywilnej na woj. tarnopolskie. Dr Władysław Świrski używał pseudonimu "Ryszard", a dr Kazimierz Świrski używał pseudonimu "Tytus" i "Jakób". Dr Władysław Świrski był jednocześnie redaktorem pisma AK "Wytrwamy".

Dokument podpisany przez dr Władysława Świrskiego i dr Kazimierza Bronisława Świrskiego.

"Obok pracy w fabryce prowadziłem warsztat instalacji sanitarnej przy ul. Łyczakowskiej 16. Obok był warsztat mego znajomego Kormusa, który przechodząc do pracy w fabryce oddał mi klucze do swego warsztatu. Ten właśnie lokal, do którego wchodziło się bezpośrednio z ulicy okazał się znakomitym lokum dla wielu uciekinierów i miejscem wielu spotkań. Lokal przetrwał całą wojnę, a urządzony był arcysprytnie. Opuszczoną żaluzję otworzyć można było podważając dźwignię zatrzasku zwykłym gwoździem lub patykiem. Od wewnątrz zawieszony był klucz. Wtajemniczony łatwo dostawał się do lokalu i w najgorszym razie nikt więcej poza obecnymi nie był narażony. Tam też spotkałem się z Markusem. Był to mężczyzna raczej młody, dobrze zbudowany. Zaraz na wstępie oświadczył mi, że potrzebuje broni, bo organizuje grupę bojowców w getcie. Mówił nawet ilu ich jest zorganizowanych.

Witam jeszcze jednego poetę naszego romantycznego narodu. To powiedzenie speszyło nieco naszego bojowca. W toku dalszych wywodów, w których wyłuszczałem, że młodzi ludzie wolni powinni iść do lasu i że to im ułatwię. Przyznał mi rację. W toku dalszej rozmowy okazało się, że Markus pracuje przy tankowaniu benzyny.

Po długich rozmowach i naradach z dr Władysławem Świrskim, mieszkającym obecnie we Wrocławiu już przy trzecim kontakcie Markus otrzymał pistolet i 3 komplety dokumentów.

Dokumenty otrzymywałem za pośrednictwem dr inż. Karola E. obecnego pracownika naukowego w Krakowie. Wręczałem mu tylko fotografię i po trzech dniach zainteresowany otrzymywał odpowiednie dokumenty. Wiem natomiast, że osobnik, który zmuszony był zmienić miejsce pobytu, a którego dobrze się znało, mógł liczyć na wszelkie udogodnienia.

Nie pamiętam ilu osobnikom ułatwiłem otrzymanie dokumentów, w każdym razie dość dużo" - wspomina.

Jest niezwykle aktywny prowadzi nasłuchy radiowe, wydaje gazetkę konspiracyjną "Wytrwamy" w swoim warsztacie przy ul.Łyczakowskiej 16 wytwarza materiały żrące wykorzystywane przy sabotażu na kolei, przechowuje broń, ukrywa Żydów.

Wraz z dwoma skoczkami spadochronowymi z Londynu podpala magazyny benzyny lotniczej na terenach Targów Wschodnich. "Skutek był piorunujący, Wybuch i po tym pokazały się krwawe języki ognia. Pospiesznie zaczęliśmy się wycofywać. Zbiegając po oblodzonym stoku pagórka w parku stryjskim major W.Zarębiński złamał nogę. Na szczęście nie zdążyłem się oddalić zbyt daleko. Wróciłem. Trudno tu opisać koszmar powrotnej drogi we dwójkę, z osobnikiem o wadze chyba ze 100 kg, gdy samemu waży 75 i jest się niższym o głowę. Trudno również opisać jak niektórzy dobrzy znajomi nie otwierali nawet drzwi. Nie trzeba dodawać, że taki powrót nocą, gdy miasto było na nogach z powodu pożaru wielkiego był tylko do pomyślenia dla osobnika, który znał dobrze każdy zakamarek miasta. Ostatecznie bez słowa przyjęła nas, a właściwie majora Zarębińskiego mieszkająca na Górze Jacka (tak nazywała się ulica), żona obecnego profesora SGGW dr. Lesława Dreszera" - wspomina.

W Oświadczeniu Notarialnym - Ojciec napisał - "Sabina Rapp zaopatrzoną w papiery nieżyjącej mojej szwagierki Bronisławy Rudeńskiej umieściłem w szpitalu dla zakaźnie chorych na Zamarstynowie. Po likwidacji getta ze 150000 mieszkańców pozostało 5000 z których utworzono tzw.Judenlager, którego komendantem został SS-owiec Grzymek ..." Ina Rapp pisze 23 czerwca 1946r z Bytomia ".. Niestety z mojej rodziny nie spotkałam ani jednej żywej duszy. Ciebie Juleczku wspominam z największą sympatią i wdzięcznością, zdaje sobie sprawę z tego ,że bez Twojej pomocy mnie już dawno na świecie by nie było. Ty byłeś moim dobrym aniołem który zjawiał się zawsze w ciężkich chwilach i tego Ci nie zapomnę ..."

Poszukiwany przez Gestapo wywozi rodzinę do Rabki Zaryte do willi "Sławoj", a sam ukrywa w Herbach (w Rzeszy) i pracuje przy elektryfikacji kolei.

Po wojnie

Po zakończeniu wojny odbudowuje dwa mosty na Rabie i już w marcu jest w Krakowie.

W styczniu 1947r cała nasza Rodzina przenosi się do Warszawy do mieszkania przy ul.Mickiewicza 27.

Mieszkanie to było zawsze schronieniem dla lwowiaków, kolegów z PPS, walterowców i dziesiątków różnych ludzi, którzy w nim znajdowali talerz zupy i nocleg. Przez wiele lat było bezpiecznym azylem. Przeszło do historii jako miejsce, gdzie można było przez całą dobę zatelefonować i zgłosić represje lub zawiadomić o strajku, a Jacek telefonował do RWE. Gigantyczne rachunki za telefon płaci ze stoickim spokojem mówiąc, że ktoś musi utrzymywać tą opozycję i dodawał, że Kuronie nigdy nie byli żołnierzami, ale walczyli we wszystkich powstaniach i wojnach.

W Warszawie Julek organizuje Instytut Wydawniczy SIMP - pierwsze po wojnie wydawnictwo techniczne. Organizuje Kongres Inżynierów. Wstępując do PPS. Jest redaktorem naczelnym Państwowych Wydawnictw Szkolnictwa Zawodowego. Jest autorem wielu książek technicznych i popularnych, takich jak m.in. "Artyzm w wyrobach z metalu - o sztuce kowalstwa", czy "1000 i jeden porad".

O swojej działalności w AK i przeżyciach wojennych zaczął opowiadać dopiero po 1970r. Do tego czasu dla "bezpieczeństwa" pozostał w konspiracji.

Wychowuje obok synów Jacka i Felka siostrzeńca żony, Wacka Sukniewicza, który był u nas od września 1939r i był dla niego jakby trzecim synem.

Wszyscy trzej sprawiamy mu mnóstwo kłopotów, ale Julek radzi sobie z nami znakomicie. Słynna jest opowieść Julka o posłuszeństwie chłopców, którzy zawsze wykonują jego polecenia. Julek mówił do nas "zrobicie to ... albo nie" i polecenie było tak czy tak wykonane.

Najwięcej kłopotów sprawia mu Jacek, którego wyrzucili przynajmniej z trzech szkół na Żoliborzu. Julek cierpliwie szedł do nowej szkoły dla Jacka i tłumaczył dyrektorce, że do jakiejś szkoły musi przecież chodzić, aby nie wyrósł na tumana.

Musiał być skuteczny, bo Jacek skończył szkołę i Uniwersytet Warszawski. Gdzie wprawdzie też narozrabiał, ale już ojca nie wzywano na wywiadówkę.

Jest jeszcze jeden ważny szczegół dotyczący ukończenia studiów przez Jacka. Jacek uzyskał absolutorium na wydziale historii UW w 1957r. Od tego czasu nasz Ojciec wciąż mobilizował Jacka, aby ukończył pracę magisterską.

Jacek jak to on zawsze miał tysiące innych ważniejszych spraw na głowie. Mimo to Ojciec konsekwentnie przypominał Jackowi - "co z twoją pracą magisterską!"

Ojciec osiągnął swoje i pod koniec czerwca 1964r. Jacek obronił pracę magisterską na temat: Elementy faszyzmu w ideologii Obozu Narodowej Demokracji (1919-1926).

Co jest w tym ważne, że w połowie września tego roku Jacek został zatrzymany na 48 godzin za przygotowywanie z K. Modzelewskim - Listu Otwartego i gdy w jakiś czas później na procesie padło pytanie do Jacka - jakie ma wykształcenie, mógł spokojnie odpowiedzieć - magister historii. Zobaczyłem wówczas oczyma wyobraźni Ojca i jego starania.

Mnie namówił, abym poszedł w jego ślady i skończył studia politechniczne. "Będziesz miał synu konkretny zawód, a co będziesz robił to czas pokaże" - mówił do mnie. Jak zawsze miał rację. Burze, które przetoczyły się nad naszym domem po Liście Otwartym mojego brata i później, nie biły we mnie "piorunami". Tylko kilka przesłuchań i żadnych zatrzymań. W więzieniu bywałem tylko na widzeniach. Nigdy tak jak mój brat, nie byłem w "oku cyklonu".

W późniejszym czasie, za syna, dokuczano Julkowi w inny sposób. Utracił pracę w Wydawnictwach i ratował się pracą w Spółdzielni Inwalidów w Otwocku. Nasza mama też utraciła pracę Radcy Prawnego.

Życie Julka nie było łatwe, ale tak długo gdy to od Niego zależało, stawał Losowi naprzeciw.

Gorzej znosił represje wobec syna i jego Rodziny. Bolało go, że był bezradny.

Gdy grupa bojówkarzy napadła na jego mieszkanie, w którym miał się odbyć wykład Uniwersytetu Latającego, w stanie ciężkim przewieziono Julka do szpitala.

Gwiezdny czas solidarności był dla ojca okresem spokoju, ale zawsze mówił, że nie można komunistom zbyt ufać. Nie pomylił się.

W stanie wojennym jest sam. Jacek, Gaja i ich syn Maciej, z którymi mieszkał są internowani. Nie chce przenieść się do mojego mieszkania, bo wciąż wierzy, że oni lada chwila wrócą z więzienia. Dostaje wylewu i umiera 17 września 1982r. po wysłuchaniu przemówienia w Sejmie gen. C. Kiszczaka, który potępia "wichrzycieli" solidarności i składa wniosek o zmianę sankcji Jacka z internowania na więzienie.

Pan inżynier, bo tak Julka nazywano został wszystkim w pamięci w kuchni mieszkania przy ul.Mickiewicza 27, gdy każdego wchodzącego częstował zupą, którą z lubością gotował dla Przyjaciół.

Nie ma już Julka i takiej zupy.

Andrzej F. Kuroń

Więcej informacji o Rodzinie Kuroniów w internecie na stronie www.kuron.pl. Skrócona wersja wspomnień ukazała się w Gazecie Stołecznej - Gazety Wyborczej w dniu 18-01-2006r