Jacek (Warszawa, areszt na Rakowieckiej, 21 marca 1965):
Maleńka. No więc pierwszy list. Jest 21 marca, niedziela -- tutaj dzień pisania listów. Jak tu jest? No, trudno powiedzieć, że dobrze, ale w każdym razie można żyć. Jem (na koszt państwa), śpię (w państwowej pościeli), palę (sąsiedzi z celi mają papierosy), no i oczywiście prowadzę bardzo miłe konwersacje z funkcjonariuszami państwowymi. Traktujmy te historię jak mój urlop. [...] Może powiesz Maćkowi, że jestem w wojsku, on zresztą pewnie wcale się nie zdziwił, że taty nie ma. Obiecuję, że po powrocie opowiem mu długą i bardzo ciekawą historię o dalekich podróżach.
Jacek (28 marca 1965):
Tutaj cała sztuka polega na tym, aby żyć czasem teraźniejszym -- papierosem, śniadaniem, partią domina. Jak dotąd, udaje mi się ta sztuka i to znacznie lepiej niż moim współwięźniom. Bardzo dużo czytam. [...] W absolutnym spokoju ducha przeszkadza mi troska o Ciebie --jak sobie dajesz radę w sprawach finansowych, no i czy Mak [Maciek] nie zabiera Ci za wiele czasu. Niestety, psiakrew, ja Ci nic nie mogę pomóc.
[...] Jesteśmy razem już osiem lat. Mam niesamowite szczęście. Sądzę jednak, że na razie musisz się starać jak najrzadziej myśleć o mnie, jak najmniej czekać. Kiedy się czeka, każdy dzień ciągnie się w nieskończoność. Spróbuj nie czekać, a zobaczysz, minie ten czas, nim się zdążysz obejrzeć i zadzwonię do domu, że już idę.
Gaja (Warszawa, 10 kwietnia 1965):
Na wstępie tego listu chcę Cię poprosić o to, żebyś w przyszłej korespondencji udzielał mi instrukcji i żądał tego, co można przysłać i co będzie choć trochę potrzebne. Musisz zajmować się trochę takimi przyziemnymi rzeczami, to przecież ułatwi nasze życie tego czasu.
Jacusiu, zaklinam Ciebie -- nie martw się. Ja to świetnie znoszę i nie jest mi ani źle, ani smutno. Oczywiście wolałabym być z Tobą razem, móc rozmawiać, cieszyć się, ale pamiętaj, potrafię czekać i wolę takie czekanie od każdego innego wyboru "życia". Ja naprawdę jestem szczęśliwa. Wiem, że Ty jesteś pogodny, że nie masz do siebie żalu i dlatego świetnie prosperuję.
Jacek (18 kwietnia 1965, Wielkanoc):
Myślałem sporo na temat naszego (tj. Twojego i mojego) życia i doszedłem do bardzo dziwnych wniosków. Mianowicie sądzę, że tak, jak jest, to jest bardzo dobrze. Pomyśl, mijają lata -- już osiem lat, a to, co było między nami, jest coraz większe, silniejsze, piękniejsze. [...] Nie myśl, że to nasze szczęście wiąże się z rozstaniami i dlatego więzienie traktuję jako coś pozytywnego. Sądzę, że trwałość i wartość tego, co jest między dwojgiem ludzi, zależy od treści ich życia. Im ciaśniejsze mają horyzonty, im mniejsze cele sobie stawiają, tym mniejsze i mniej trwałe jest to, co ich łączy. To wielki los na loterii codzienności, że spotkałem takiego człowieka jak Ty i że idziemy razem -- jestem cholernie szczęśliwy. [...] Aż moi koledzy w celi (czy jak się tu mówi "pod celą") dziwią się, czemu jestem taki pogodny i zadowolony.
Gaja (23 kwietnia 1965):
Jak nigdy dotąd męczy mnie, że piszę nie tylko do Ciebie i że nie wiem, kiedy ten list dostaniesz. To oczywiście tylko chwilowy humor i w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że w jakiś sposób jestem załamana. Funkcjonuję najzupełniej normalnie i oczywiście zgodnie z poleceniem nie czekam i czas jakoś mija.
Jacek (16 maja 1965):
To jednak strasznie trudno pisać do Ciebie takie "otwarte" listy. Mam czas, papier, atrament i tyle różnych rzeczy, które chciałbym Ci powiedzieć, a tymczasem te parę zdań raz na tydzień ledwo potrafię zapełnić. Ale chyba potrafisz się domyślić tego, co najważniejsze w tym, o czym nie piszę.
Jacek (23 maja 1965):
Cała ta historia będzie trwała dłużej i musimy jeszcze na siebie poczekać. Ale co tam, najważniejsze, że wiemy na pewno, że się doczekamy. Na obiad można czekać godzinę, na pociąg tydzień, na pieniądze do pierwszego... (A to wszystko nigdy nie wiadomo, czy warto.) Na Ciebie jestem gotów czekać wiele lat i wiem na pewno, że warto. [...] W jednym z pierwszych listów napisałem Ci, że nie wolno czekać, ale nie zawsze chcę stosować te mądrość do siebie. Po prostu często przedkładam oczekiwanie na Ciebie ponad wszystko inne. Nie chcę grać w szachy, odkładam ciekawą książkę, siedzę sobie albo spaceruje po celi (3,80 m na 3,20 m). Gdyby mnie wówczas ktoś zapytał, co robię, odpowiedziałbym, że czekam na Ciebie. Zastanawiasz się, czy naprawdę jestem pogodny? Kiedy tak "czekam na Ciebie", to nawet więcej --jestem prawie szczęśliwy. Ale z tego oczekiwania rodzi się niecierpliwość, tzn. zaczynani odczuwać inny wymiar czasu [,..]. Wówczas chciałoby się przegryźć kraty i czuję się tak, jakby mi ktoś wyrzucił serce na śmietnik. [...] No a Ty? Na ile prawdziwe są Twoje listy? Jesteś w nich bardzo dzielna, opanowana, uśmiechnięta.
Wiem, taka też jesteś, ale co jeszcze?
Gaja (7 czerwca 1965):
Jacek, jest ciężko, bardzo ciężko bez Ciebie, ale dobrze. Nie chciałabym, żeby było inaczej, bo trzeba przecież czuć się człowiekiem, żeby być szczęśliwym. I chyba wybraliśmy prawidłowo, bez uniku, i dla nas obojga będzie to jakimś zwycięstwem. [...] Przecież doczekamy końca tej sprawy, a potem różnych innych spraw i będziemy się bogacić w przeżycia i wspólne decyzje. Oby zawsze uczciwe; boję się na samą myśl, że mogłoby być inaczej.
Jacek (27 czerwca 1965):
Nauczyliśmy się dzielić troski i decyzje i to przecież dobrze, pięknie. [...] To, co mi napisałaś, to strasznie mądra myśl -- żeby być szczęśliwym, trzeba naprzód być człowiekiem. Bardzo często myślę tak jak Ty o naszych przyszłych decyzjach. Wierzę, że będą zawsze uczciwe. Choć zdaję sobie sprawę, że bardzo trudno dziś podejmować takie zobowiązania na jutro i pojutrze. Wiem, że kiedy to minie, będziemy bogatsi, a nawet myślę, że już jesteśmy bogatsi.
Jacek (4 lipca 1965):
Kiedy dostaniesz ten list, będzie już po sprawie i będziemy wiedzieć, jaki wymiar ma nasze czekanie. [...] początkowo nastawiałem się tylko na to, żeby przetrwać więzienie. Ty kazałaś mi się nastawić na to, żeby jak najwięcej skorzystać. [...]
Jeśli chodzi o Twoje następne polecenie -- gimnastykę, to wykonuję je niezwykle skrupulatnie. Cztery razy dziennie wykonuję wszystkie ćwiczenia, które mi kiedyś poleciłaś (wdechy, nożyce, pompki, skłony -- może zalecisz coś więcej?). W tym wypadku nie są to wymagania, które partner najbardziej lubi, ale w każdym razie docenia ich znaczenie.
Gaja (18 lipca 1965):
Miły mój! Dziś jest niedziela -- pozostało kilka godzin do odczytania wyroku. Wiem, że Ty dzisiaj też pisałeś do mnie list, chciałabym bardzo czuć, co myślisz, wiedzieć, jak się czujesz, bo dziś bardziej niż kiedykolwiek chcę być pewna, że to, co jest, nie jest ponad nasze siły. Chcę być pewna, że Ty nie przestałeś się uśmiechać, że myślisz o przyszłości z pogodą. Ja w to wierzę, bardzo mocno wierzę, a chciałabym wiedzieć dlatego, żeby z tej wiary nie mogła powstać wątpliwość. [...]
Widziałam, jak w czwartym dniu procesu dałeś się złamać wnioskiem pana prokuratora o zróżnicowaniu kary [między Jackiem Kuroniem a Karolem Modzelewskim]. Muszę Ci powiedzieć, że i mnie sprawił on wielką przykrość, ale jeszcze bardziej przestraszyła mnie Twoja reakcja -- jak można tak przeżywać taktykę przeciwnika, przecież właśnie to było jednym z najoczywistszych zagrożeń; takich, których można się było spodziewać na sto procent. Myśl w tych kategoriach -- to najlepsze lekarstwo.
Śnisz mi się co noc i od pewnego czasu motyw jest bardzo podobny. Zawsze są jakieś sytuacje, w których ja zachowuję się wobec Ciebie bardzo nieładnie -- to mam Ci coś za złe, to krzyczę, to jestem zazdrosna. Budzę się z ogromnym poczuciem winy i potem wraca ono do mnie obsesją przez cały dzień, potem jest sen i znowu dzień z takim poczuciem. [...] Kochany, nie trzeba mnie pocieszać. Ja sobie z tym poradzę. Wiesz, trudno pisać ten dzisiejszy list. Co kilka minut czuję w gardle ucisk strachu i walczę z nim, odpędzam go, a on wraca i boli. Chciałabym przespać te godziny, które zostały, może pójdę do kina, tam miną dwie godziny w łatwiejszych warunkach. Resztę jakoś przeczekam.
Jacek (18 lipca 1965):
Wiem, że jesteś i że doczekam się Ciebie. Jestem więc o wszystko szczęśliwszy od tych, którzy nigdy nie doczekali się wielkiej miłości i tych, którzy ją utracili czy rozmienili na drobne. I z całym życiem jest przecież tak samo jak z wielką miłością. Można się urodzić, przetrwać x-dziesiąt lat i umrzeć, a ani przez chwilę nie żyć naprawdę. My, maleńka, na pewno żyjemy i dlatego jesteśmy szczęśliwi, i tęsknimy, i zwyciężamy, i boimy się, i jesteśmy odważni.
Jacek (25 lipca 1965):
Wczoraj nagle uświadomiłem sobie, że to już dziesięć lat... Dziesięć lat kocham Ciebie. [...J Nie mogę sobie wyobrazić swojego życia bez Ciebie. Nie mogę [sobie] wyobrazić siebie bez Ciebie... Przypadkiem, ale przecież gdyby nie ten przypadek, wszystko nie miałoby sensu. Jednak w tym miejscu bardziej prawdopodobna wydaje się obecność autora, który właśnie tak zaprojektował sobie nasze życie. [...] moje po co, czyli cel, sens, wartość zaczyna się od Ciebie, a skoro Ty pojawiłaś się przypadkiem, to może wszystko jest tylko przypadkiem? Więc nie wierzę, że to był przypadek, a wierzę w teorię połówek jabłka, które ze swego kosza rozsypał po świecie jakiś hinduski bóg. Ty jesteś moją połówką[....] To już dziesięć lat, więc co znaczy dla nas te trochę rozłąki.
Jacek (l sierpnia 1965):
[...] jednocześnie wierzę, że to wszystko, co nas łączy (a łączy nas przecież wszystko), jest silniejsze niż dwa lata, że kiedy oddzielnie o czymś myślimy, czymś się przejmujemy, czegoś się boimy, to tak jakbyśmy myśleli, czuli i przeżywali razem. Jak dotąd nasze listy wskazują, że mam rację. Zawsze w Twoich listach odnajduję swoje myśli i swoje poprzednie listy. [...J
Mam w życiu wiele wartości, dla których warto żyć, ale wszystkie te wartości są tylko Twoim odbiciem. Nawet ja -- taki, jaki jestem dziś -- to też Twój inny byt. Cały mój świat jest tylko Twoim innym bytem. Jak widzisz, wyznaję taką jakąś religię -- monizm idealistyczny. Istniejesz tylko Ty, reszta jest Twoją ideą.
Gaja (7 sierpnia 1965):
Szłam polną dróżką, przez mocno nagrzane pola -- było ślicznie. Powietrze chłodniejsze i cudowny zapach ziemi, drzew, zboża. I to wszystko było tak intensywne w urokach, że bolał fakt, że nie można tego wszystkiego wziąć w siebie i nacieszyć się do końca. Czułam się szczęśliwa i wtedy mocno bardzo poczułam, że to moje szczęście jest bardzo blade, jest tylko moje, nie mogę się nim podzielić z Tobą, nie jesteś ze mną, nie czujesz tego [...J.
Jacek (8 sierpnia 1965):
Mam trzydzieści lat ciekawego życia za sobą, Ciebie i co najmniej drugie tyle nie mniej ciekawego życia przed sobą. [...J Zauważ, jak bardzo wypełniasz moje życie, każda sprawa, która stanowi w nim jakąś wartość, łączy się przede wszystkim z Tobą. To chyba jest właśnie recepta na miłość. Ale jestem w tej dziedzinie cholernym egoistą, nie potrafię się martwić, że tak niewielu ludzi znajduje tę receptę, a tylko bardzo się cieszę, że myśmy ją znaleźli.
Gaja (9 sierpnia 1965):
Odkryłam, że to minęło już dziesięć lat. Odkrycie to wprowadziło mnie w bardzo sieńoznyj nastrój i przestało mi być do żartu. Sumowałam sobie to dziesięciolecie i wtedy, i później. Rozumiesz miły, że na tym papierze trudno to oceniać, ale chyba najprościej wyrażę to, co sobie myślę, poprzez stwierdzenie faktu, że drętwieję ze strachu na myśl, że mogłabym Ciebie nie spotkać i żyć sobie teraz gdzieś tam na świecie, mieć 25 lat i koniec. Oczywiście wiem, że oprócz lat byłoby za mną coś więcej, ale coś, co nie mogłoby się mierzyć z tym, co było naprawdę, co jest
i będzie. Jestem tego tak pewna, że niewiele mi trzeba, żebym zaczęła się modlić z radości. Z perspektywy tylu lat wydaje mi się, że jednak nie wymigamy się od teorii przeznaczenia.
Jacek (22 sierpnia 1965):
Zawsze staram się Ciebie przekonać, że nie jest mi tu źle, ale Ty mi w gruncie rzeczy nie wierzysz. Więc może Cię przekona Seneka. Pisze on w Dialogach o przyczynach ludzkiej zgryzoty (cytuję z pamięci): "Ludzie niezadowoleni z życia to ci, którzy nie chcą myśleć o przeszłości, bowiem wstydzą się swoich czynów minionych. Czas teraźniejszy mija i wciąż staje się przeszłością, a przyszłość napawa ich lękiem". A tymczasem ja znajduję radość w myśleniu o przeszłości, czas teraźniejszy mija, a przyszłość to jesteś Ty.
Gaja (2 września 1965):
Z ważnych rzeczy dotyczących samopoczucia muszę Ci donieść, że ciągle nie udaje mi się pozbyć przeświadczenia, że bardzo nierówno ponosimy konsekwencje rozdzielenia. Ja żyję w normalnym świecie, w tempie zwariowanym, które przecież stało się naturą, Tobie odebrano otoczenie i -- na ile potrafię wyobrazić sobie taką sytuację -- prawdziwą część motywacji społecznej. Nie na darmo zresztą więzienie jest więzieniem. Myślę, że w warunkach więzienia decydującą i naturalną motywacją jest motywacja biologiczna [...]. Boję się trochę, bo Ty bardzo lekceważyłeś sobie biologię i dlatego, co nie daj Panie Boże, przy obniżeniu poziomu motywacji społecznej przetrwanie może być bardzo trudne.
Jacek (19 września 1965):
I wreszcie [...] problem z Twojego listu -- zmartwienie, że tutaj pozostały mi tylko motywy biologiczne i w związku z tym będzie mi trudno wytrzymać. Nie wątpię, że już w chwili, gdy wysyłałaś ten list, uświadomiłaś sobie, jak bardzo bzdurzysz. Nie gniewaj się moje słoneczko, ale trudno użyć innego słowa. W sytuacji, w której się znajduję, motywacja społeczna nie tylko nie zniknęła, ale nawet została spotęgowana. Bo z jednej strony sądzę, że wyznaczono mi rolę, która nie jest pozbawiona społecznego znaczenia, a z drugiej niejako automatycznie został tu rozstrzygnięty mój stały konflikt motywów (alternatywa: działać teoretycznie czy praktycznie).
Napisałem (tzn. zakończyłem) wstępny szkic problemowy na temat miejsca, roli, funkcji teorii alienacji w systemie Marksa i jej aktualności w świetle współczesnych nauk społecznych. Tak mniej więcej wykrystalizował się mój temat. Jak widzisz, jest to zamierzenie ogromne. [...] No i powiedz sama, czy naprawdę sądzisz, że nierówno podzieliliśmy trudności? [...]
O ile [...] Twoje przypuszczenia co do motywów społecznych są zupełnie niesłuszne, o tyle Ty jako podstawowy motyw mego życia jesteś mi potrzebna nie tylko w świadomości. [...] Jesteś mi potrzebna do życia więcej niż motywacja społeczna, wiesz o tym, choć również chcesz się o tym przekonywać wciąż od nowa.
Gaja (3 października 1965):
Jednak za nami już szmat czasu, a ja mam ciągle poczucie, że rozstaliśmy się niedawno i przed nami tylko kawałek samodzielnej (bo przecież nie samotnej) wędrówki. Jeśli i Tobie, mój miły, ten czas, który za nami, minął szybko, to bardzo dobrze. Wiem, że jesteś zajęty prawie nieustannie i, co ważne, produktywnie i jeśli tylko mogę sobie pozwolić na ponure myśli, to w rezultacie na zasadzie stereotypu, że jednak więzienie to żadna przyjemność. Zupełnie nie martwię się o Ciebie w tym kontekście, no może tylko troszkę.
Dostałam Twój list z 19 września i po raz pierwszy od iluś tam miesięcy poczułam się "skrzyczana". Rzeczywiście, chyba przesadziłam z tą motywacją i ciągle jeszcze się rumienię, ale to wynik braku rozmów z Tobą. Pocieszam się, że w ciągu tych dwóch czy trzech lat rozłąki nie zgłupieję do poziomu bez wyjścia.
Jacek (24 października 1965):
Obudziła się we mnie piekielna tęsknota za Tobą, ale jakoś zupełnie inna niż wszystkie dotychczas. Myślałem sobie, że wszystkie wydumane konstrukcje dążeń życiowych i wartości są niewiele warte, że chodzi po prostu o to, aby żyć jak najpiękniej. Już dziś cały tamten stan jest tak odległy, że tylko z trudem przypominam sobie, co wówczas myślałem, ale chyba potrzebujesz o mnie całej prawdy, a prawda nigdy nie jest jednoznaczna. Więc myślałem sobie, że chodzi o to, aby żyć jak najpiękniej.
Cholernie tęskniłem za zwyczajnym ruchem miasta, tłokiem w tramwajach, kłótniami pasażerów, przekleństwami kierowców, za odkrywaniem co dzień nowych ludzi i oglądaniem wschodów słońca po przegadanej nocy, za zapachem sosnowego drzewa z ogniska, zmęczeniem nóg wędrówką i grzbietu plecakiem. Za smakiem pierwszego papierosa palonego na pusty brzuch o świcie na brudnym dworcu kolejowym obcego miasta. Taka metafizyczna tęsknota za życiem w ogóle, to znaczy chyba za nieustającą pogonią za smakiem życia. [...]
Pytasz, co taka tęsknota ma wspólnego z Tobą? -- ee, chyba nie pytasz, rozumiesz przecież, że wszystko, za czym tutaj tęsknię, to jesteś Ty. To nie dlatego, że mam tylko Ciebie, ale dlatego, że Ty jesteś całym moim światem. I dzięki Tobie mogę tak bardzo kochać życie i tak bardzo się z niego cieszyć. To dzięki Tobie wszystkie moje wartości i dążenia są niejednostronne, pełne, nieegoistyczne. Wierność sobie znaczy wierność Tobie.
Gaja (14 listopada 1965):
Miły mój! Dziś jest 14 listopada -- rocznica pierwszych naszych kontaktów z państwem (żeby nie pisać aparatem nacisku). Pamiętam doskonale noc spędzoną poza domem i myśli, które wtedy mnie męczyły. Zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że postęp nie odbędzie się bez tych, którzy zdecydują się na krok naprzód (bez względu na konsekwencje) i jednocześnie nie opuszczała mnie nadzieja, że w naszym wypadku będzie inaczej. (Dziś mogę powiedzieć, że to "inaczej" oznaczało "łatwiej".) Czy wstydzę się tego? Wiesz, chyba nie. Odpowiedź moja wynika z tego, że teraz, kiedy wystąpiła sytuacja, której tak bardzo bałam się rok temu, nie oceniam jej ani przez chwilę jako tragedii, a za to są różne inne, o których myślę ze strachem. Najbardziej, takim strachem z dna duszy, boję się, że moglibyśmy się kiedyś więcej nie spotkać. Ale to strach nierealny, do tego stopnia nierealny, że funkcjonuje jako swoje przeciwieństwo -- radość z tego, że przecież spotkamy się i znów będziemy mogli być razem.
Jacek (27 marca 1966):
Zawsze wiosną przez tych jedenaście lat zakochiwałem się w Tobie od nowa, choć i w zimie kochałem Ciebie bardziej (od czego bardziej? od kogo bardziej? od wszystkiego i od wszystkich). [...] Wbrew socjologom i psychologom zajmującym się "dolegliwością kary więzienia", u mnie jest wszystko na opak: "dolegliwości" specjalnych nie odczuwam, natomiast tęsknię coraz to bardziej i bardziej. A już najgorzej, kiedy piszę list; wtedy już nie można zepchnąć wszystkiego głęboko w siebie, a jak już sobie pozwolę na luksus myślenia o Tobie (bezpośrednio, bo pośrednio myślę wciąż), to już po tym trudno wrócić do jakiej takiej równowagi.
Jacek (14 października 1966):
Piszę ten list w piątek wieczorem w parę godzin po naszym widzeniu. Myślę, że jak napiszę, to mi pomoże. Wściekły jestem na siebie o to widzenie i zrozpaczony, że je zmarnowałem. To już nie o to chodzi, że czegoś nie powiedziałem, ale w ogóle o to, jak się zachowywałem. Widzisz, tu bardzo łatwo o urojenia, bo izolacja, i co ważniejsze jestem tu sobą tylko dlatego, że cały czas wiem, że jesteś ze mną. [...] W tych warunkach bardzo łatwo o frustrację [...]. Więc się nastawiłem się najgorsze i nagrałem już w sobie całe widzenie z ojcem czy z kim tam. Chodziło o to, żebym się uśmiechał, wiec się zamknąłem w sobie. I potem już jak w złej bajce nie umiałem się przestawić. Byłem w sobie i wszelkie próby wyjścia nie udawały mi się. [...] Musiałem wyglądać strasznie zadufkowato, a tymczasem chciało mi się płakać. Jak we śnie lub jak byśmy mówili w różnych językach. [...]
Ja wiem, że Tobie też potrzeba ciepłego słowa i że tą swoją postawą heroicznego klowna zrobiłem Ci wielką krzywdę. Więc tłukę czołem o próg, przebacz głupcowi. Zbyt wielu ta nasza miłość ma kibiców [...].
Gaja (22 października 1966):
Po ostatniej wizycie w Potulicach byłam wściekła jak rzadko mi się zdarza [...]. Myślę sobie, że to jeden numer z serii wojny psychologicznej. W związku z tą taktyką jedyną metodą przeciwdziałania może być samoobrona psychiczna. Wiem, że sam to sobie wykoncypowałeś i na pewno stosujesz, a sądzę tak na wszelki wypadek. [...]
W skrzynce pocztowej zastałam list od Ciebie pisany czternastego, w dniu naszego widzenia. No i właściwie powinnam to, co zaczęłam pisać, wyrzucić i zacząć od nowa. Ale może to, co powyżej napisałam, nie czytając Twojego listu, przekona Cię, mój drogi, że zupełnie, ani przez chwilę po naszym widzeniu nie miałam żalu, nie było mi przykro. W ogóle nie przyszło mi do głowy winić Ciebie o cokolwiek. Przecież ja zrozumiałam, co się stało, przestraszyłam się o Ciebie, znamy przecież swoje "pięty" i jedyne, co czułam i czuję, to właśnie strach o to, żebyś nie dał się zastraszyć i wściekłość, że podobne rzeczy ciągle są na tym świecie możliwe. Jeśli na wstępie napisałam, że zieję agresją, to właśnie to miałam na myśli.
Jacek, nie dziwię się, że tak to przeżyłeś, ale mój jedyny, mój mądry, kochany chłopcze, pamiętaj, że ja naprawdę rozumiem Ciebie i bardzo chcę rozumieć i nie ma mowy o "zadufkach", "głupcach", łysych i innych.
Jacek (13 listopada 1966):
Pamiętasz, że nigdy nie lubiłem mówić o Tobie "moja żona", stanowczo nie podobały mi się obiegowe skojarzenia tego słowa. Dzisiaj zrobiła się z tego prawdziwa fobia. To, co tu mówią o swoich żonach, a co więcej, sposób, w jaki mówią -- strach, obrzydzenie. Wybacz więc, że mimo wszystko odbieram to jako mówienie o Tobie. Ty jesteś dla mnie wszystkie kobiety, moja mała dziewczynka, mój świat.
Gaja (14 grudnia 1966):
Kiedy siadam nad kartką papieru, muszę bardzo głowić się, co zrobić ze sobą, żeby napisać coś, co kwalifikować się będzie do wysłania, żeby to nie był skowyt, żeby nie była chandra. W takim nastroju pisać, wiedząc, że między nami istnieją cenzury i biegli, wydaje mi się zrezygnowaniem z własnej godności, upodleniem. Wiem, że się przemogę, że będę starała się nie brać tego pod uwagę, ale nie zawsze szybko mija, niech się to nazywa nastrój, a list trzeba w końcu wysłać i wtedy dostajesz takie suche, podminowane, egocentryczne piśmidła.
Jacek (25 grudnia 1966):
Kończy się list i nie była to rozmowa taka, na jaką czekamy, i choć wiem, że między nami są czujni analitycy, ale nie czuję się upodlony, wręcz przeciwnie, muszę wyważać swoje [...] słowa, trudno. Ale przecież i poprzez te ubogie słowa przesyłam Ci kawałek siebie i przez te chropowatości Ty mnie rozumiesz. Tak jak ja Ciebie, w każdym szczególe.
Jacek (Białystok, 7 sierpnia 1976):
Tak okrutnie mi Ciebie brak, tak okrutnie. Zwykle trzymam się za mordę i nie pozwalam sobie, ale teraz trochę puściło. Nic to. Teraz trochę więcej czekania. Bo widzisz, moje słonko, okazało się, że 22-go nie będzie nas tutaj, tak że dopiero 29-go będziesz mogła do mnie przyjechać. Trzy tygodnie -- 21 dni. Czy to dużo, czy mało?
Wczoraj na ćwiczeniach, w czasie przerwy, leżałem na trawie, na plecach i patrzyłem na niebo. I było tak błękitne i wszędzie było pełno słońca. Poczułem się nagle niesamowicie szczęśliwy, że jesteś, że mnie kochasz, że jest w naszym życiu taka wielka, prawdziwa miłość. Jak w bajce. Aż się wierzyć nie chce, aż strach, że nie może być tak pięknie, że nie zasłużyłem.
Ale ten strach przyszedł dopiero dziś -- taki niewielki cień, bez którego, jak wiesz, nie byłoby światła. W tamtej chwili, a trwała ona i trwała, była tylko oszalała radość. Dziękuję Ci Grażynko za tamtą chwilę i za całe życie. [...] Coraz dłuższe są moje nocne rozmowy z Tobą. Leżę, wszyscy już śpią, a ja szepczę zaklęcia, szepczę do Ciebie, o Tobie, Ty. Pamiętasz, moje cudne, kiedy jechałem do Wałcza [na obóz wojskowy], a to było osiemnaście lat temu i to było nasze pierwsze rozstanie, umówiliśmy się co dzień o dziewiątej na Polarnej Gwieździe. Mówiliśmy: nasza gwiazda. Od jutra, nie -- od dziś, będę tam co wieczór na Ciebie czekał. Tak Cię strasznie proszę, przychodź.
Jacek (9 sierpnia 1976):
Teraz już wiem na pewno -- z każdym rokiem naszego życia kocham Ciebie więcej i więcej. A pomijając te chwilowe obłędy, z każdym rokiem jestem dzięki Tobie szczęśliwszy. To bardzo dziwna rzecz -- szczęśliwy człowiek, a jednak tak jest. Dziś wieczór znowu przyjdę na naszą gwiazdę. Może będzie dla mnie łaskawsza.
Śmieszna historia z tą gwiazdą. Przecież to pensjonarski pomysł. Kiedyśmy go wymyślili, Ty miałaś 18 lat, a ja 24. Teraz jednak przeżywam go tak samo poważnie, jak wtedy, a może jeszcze poważniej. Na tym chyba właśnie polega szczęście, które mi dajesz. Nazwać to świętością uczuć? Ale o coś takiego chodzi. O to, że wciąż od nowa, z każdym nowym dniem, jesteś dla mnie pierwszym olśnieniem. Przeżywam od nowa opętanie Tobą, zachłyśnięcie się Tobą i radością, że jesteś.
Gaja (13 sierpnia 1976):
Byłam na gwieździe. Tak dobrze było na sercu ze świadomością, że w tej samej chwili robisz to samo, że gdzieś tam w nieskończoności nasze myśli krzyżują się i poczułam, jak do mnie szepczesz i poczułam, jak mnie gładzisz po włosach, jak wtulam się w ciepło Twojego ciała. Tak dobrze, tak pięknie -- bo jesteś, tęsknisz, czekasz, a rozstanie nasze wymierne. Zupełnie nie mogę, nie potrafię się martwić. Jestem pełna przeświadczenia o wyjątkowości szczęścia, które dano nam przeżyć.
Jacek (25 sierpnia 1976):
Dzień dobry, moje wielkie szczęście. Ledwo tylko minął mnie autobus, w którym odjechałaś, a już zaczęły się wyrzuty sumienia. [...] Skowyczałem, a Tobie i bez mego skowytu jest bardzo ciężko. [...] Nie umiem bez Ciebie żyć, nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak mógłbym istnieć, gdyby nie pewność, że jesteś ze mną i że będziesz zawsze. [...] Mimo wszystko, to bardzo dobrze, że nigdy niczego przede mną nie ukrywasz. Dzięki temu przecież mogę być tak bardzo bezpieczny w Twojej miłości. Tylko szkoda, że kiedy Ci przejdzie, nie wracasz już do tego, co mówiłaś na czarno. Ja wierzę w każde Twoje słowo, jak w Ewangelię wierzą pobożni chrześcijanie. Tak łatwo więc byłoby Ci wyjąć wszystkie moje drzazgi. Święta moja, cudna moja, dobra. Tylko nie myśl czasem, że się żalę, bo przecież te drzazgi są tylko
stąd, że jestem dzięki Tobie szczęśliwy. To takie drobiny smutku w radości, którą mi dajesz.
Jacek (Warszawa, areszt na Rakowieckiej, 22 maja 1977):
Dzień dobry Ci, moja mała, śliczna dziewczynko. Znowu listy z daleka, więzienie, wojsko, więzienie, więzienie i to ma być ten los, który wybrałem. No dobrze, wybrałem sobie, ale z jakiej racji Tobie. [...] Przez ten tydzień, który minął, zrozumiałem, przemyślałem i wiem już teraz z całą pewnością, że jestem tylko Twoją połową i po prostu, zwyczajnie nie umiem bez Ciebie żyć.
Nie przestrasz się tylko. Ja to więzienie przeżyję: godnie i dobrze. Mam już w tym względzie niezłą rutynę, to po prostu kwestia rutyny i nic więcej. Więc przeżyję bez względu na to, jak wiele tego wypadnie. Z tego jednak przeświadczenia, o którym jest w tym liście, wynika tylko jeden wniosek i tym razem nie waham się go wyciągnąć: nie wolno mi, pod żadnym pozorem nie wolno, robić cokolwiek, co może mnie od Ciebie oddzielić. Tyle i to cała mądrość. Jak to się stało, że nie wymyśliłem jej dotąd? [...] Kiedy wrócę, to skończą się rozstania raz na zawsze. Nie chcę, nie chcę i już. Tak wygląda moje postanowienie.
Gaja (3 czerwca 1977):
Bardzo niecierpliwie czekam na pierwszy list od Ciebie, potrzebny dla uspokojenia, poskromienia wyobraźni, dla dodania sił. Mimo iż wiem, jestem najgłębiej
pewna Twojej miłości, chcę poczuć Ciebie realnego, sprawdzalnego. Tobie łatwiej wyobrazić sobie mnie w codziennych realiach.
Znasz wszystkie moje obowiązki, trasy, po których kursuję, scenerię wszystkiego, co się wokół mnie dzieje. Nic się nie zmieniło od Twojego zniknięcia. Budzą mnie telefony o 7.20, potem kąpiel, śniadanie i bieg do poradni. Wracając robię zakupy, potem obiad. Mam mało czasu na spacery, czytanie, na zajmowanie się działką, bo po powrocie z pracy sporo spraw czeka na załatwienie. Kładę się około 24.00, bo, jak dobrze wiesz, jestem śpiochem i bez przyzwoitej ilości snu nie umiem funkcjonować. [...]
Ponieważ nigdy nie podajesz mi realiów swojej sytuacji, może się zdarzyć, że coś przegapię. Nie bój się przypominać i prosić o to, co można zrobić dla Ciebie. Chcę mieć pewność, że wszystkie możliwości wykorzystałam.
Kochanie moje, jestem zdrowa, sprawna, pełna energii i pogody. Nie wolno się o mnie martwić, można tylko na mnie czekać.
Gaja (5 czerwca 1977):
W Tobie, Jacusiu, jest tyle siły, ciepła, pogody, że starczy na wszystkie ciężkie czasy, nie tylko dla mnie. Będę nią obdzielać moich bliskich i przyjaciół, żeby być wierną Tobie, żebyś nie czuł się zamknięty, sam, odizolowany od świata. Boję się, że nie potrafię tak sprawiedliwie osądzać ludzi, tak życzliwie interpretować ich motywów, że zbraknie mi energii, ale będę bardzo chciała. Ty za to musisz wypocząć, skoro zaplanowano Ci urlop. Przyznasz, że tempo, jakie sobie narzuciłeś, było zabójcze, pewnie wkrótce zostałabym żałobną wdową. A dzięki troskliwości władz... raz wojsko, raz areszt i formę dobrą zachowasz. Proszę Cię bardzo serdecznie -- dbaj o formę fizyczną i ćwicz gimnastykę, spaceruj, ile można i pal jak najmniej. Nie złość się w tym miejscu, przecież mam prawo troszkę pozrzędzić.
Gaja (14 czerwca 1977):
Póki jesteś, póki na Ciebie mogę czekać, nic złego nam nie grozi. Ta pewność daje mi wielką siłę, odporność. Wszyscy wokół dziwią się mojemu spokojowi, opanowaniu, a to wcale nie moja zasługa. Oni nie wiedzą tego, co wiem ja, że pierwszy nasz wspólny dzień wynagrodzi wszystkie smutki. Będę czekała pogodna, spokojna -- pamiętaj o tym, Kochany.
[...] Ja jestem dobrej myśli Jacusiu. Najbardziej chcę wyjechać z Tobą, choćby na tydzień -- jeśli na dłużej się nie zgodzisz. Ale od razu się targuję: wyjedziemy sami, bez przyjaciół, dzieci itp.
Jacek (19 czerwca 1977):
Od środy żyję w zupełnie innym świecie. W środę bowiem dostałem Twoje dwa listy. [...] Te dwa listy zmieniły od razu wszystko. Popatrz, jakie to dziwne, przecież wiedziałem, że piszesz, nawet potrafiłem sobie te Twoje listy wyobrazić. Mimo to w chwili, kiedy je dostałem, cały czas rozłupał się jak orzech: to, co było przed tą chwilą, oddaliło się w daleką przeszłość, zaczęła się nowa epoka, w której wszystko jest opromienione Tobą. [...]
Ulżyć mi -- jak piszesz -- nie trzeba, bo dobrze wiesz, że nie jest mi źle. Odpoczywam, śpię, spaceruję, ćwiczę, czytam, palę 20-25 papierosów dziennie. Niestety, ja Tobie nie mogę w niczym ulżyć, a tak bardzo bym chciał. Więc choćby już tylko dla mnie, błagam Cię, weź się za pracę doktorską. [...] Ty jesteś teraz zaganiana, zadręczona, no i zaczęły się wakacje. Może to jednak jest dobra okazja, żeby poczytać, przejrzeć materiały, pomyśleć, tak by zaraz po powrocie z wojaży wziąć się do roboty.
Jacek (26 czerwca 1977):
O moje zdrowie naprawdę nie możesz się martwić. Twoja początkowa intuicja, że podobnie jak w wojsku odpocznę tu i nabiorę sił, jest jak najbardziej słuszna. [...] Zeszczuplałem, dobrze śpię, z każdym dniem zwiększam porcję ćwiczeń. A więzienie -- to bardzo trudno porównywać -- ale mam wrażenie, że znoszę je lepiej niż kiedykolwiek. [...]
Najtrudniej jest na początku, bo wtedy każdy ruch, czynność, myśl odsyła do życia, które jest za bramą, a tęsknota jest stale drapieżna, krwiożercza. Rytm mijających dni i tygodni łagodzi napięcie. Trzeba tylko jak najszybciej zrezygnować z czekania czy inaczej -- z bliskiej perspektywy. Najtrudniejsza jest właśnie ta rezygnacja. Wszystko w Tobie żąda nadziei. Pożądanie nadziei jest tak silne, że pozornie zdrowy rozum potrafi rozdmuchiwać najdrobniejsze iskierki i już, już jesteś gotowa cieszyć się, że wychodzisz. [...] Ale trwa to wszystko bardzo krótko. Wkrótce euforia zmienia się w udrękę czekania. Cela staje się poczekalnią, a czas puchnie i obrzmiewa. [...] Dlatego trzeba zaraz na samym początku perspektywę wolności wziąć w nawias. Wiadomo, że wyjdę i nawet w najgorszym układzie, w dającej się zobaczyć perspektywie, ale nie teraz. Teraz zaś muszę żyć tutaj i na tym życiu się skoncentrować.
Jacek (10 lipca 1977):
To zupełnie nie do pojęcia, jak zmienia się tu wszystko od Twojego pisania. Świat -- a właśnie dni są szarobure i w celi cały dzień pali się światło -- gdy tylko zaczynam czytać Twoje listy, staje się słoneczny [...]. Tak, oczywiście tak, wyjedziemy, gdzie zechcesz i naturalnie sami, bez przyjaciół, dzieci, psów. Tylko Ty, moje słoneczko, nie miej głupich skrupułów: pij wino, chodź na działkę i wyjedź 22 lipca. Im jest weselej Tobie, tym weselej jest mnie. Pamiętaj o tym stale. W Twoich listach jest taka ogromna pogoda, spokój, siła. I od razu ja staję się silny, pogodny, spokojny. Dziękuję Ci za to, moje szczęście. [...]
W odróżnieniu od Ciebie, śpię niezwykle długo, biję w tej dziedzinie własne rekordy i mam mnóstwo czasu. [...] Ostatnio dręczy mnie problem nienawiści, niechęci, zawiści czy jak tam jeszcze nazwiemy złość do ludzi. Ten nabity w nas ładunek złych uczuć, które wybijają ze snu czy jeszcze trafniej -- kaleczą. Bo nosić w sobie złość do człowieka, to tyleż samo, co być pokaleczonym nienawiścią. [...] Pomysł, że ktoś, ktokolwiek, może być tak po prostu zły, jak inni bywają weseli, melancholijni, nieśmiali, zaradni..., więc taki pomysł wydaje mi się ze wszech miar wstrętny, robaczywy. Wymyślony tylko po to, aby zwolnić siebie z odpowiedzialności za zło, które czynimy.
Jednak ze strachem, okrutnym strachem, odkrywam zło w sobie. To nie to, że nagle budzi się we mnie napięta, zapieczona wrogość do kogoś tam. Tak bywało już nieraz. Najgorsze i chyba we mnie zupełnie nowe jest to, że nie chcę, po prostu nie chcę tego kogoś bronić, objaśniać, tłumaczyć. [...]
W tym momencie trzeba już podjąć zagadnienie zemsty. Uczucia, bo to chyba przede wszystkim uczucie, a dopiero później czyn uświęcony w naszej kulturze. [...] zemsta jest wstrętna, odrażająca, jest złem zła. Mówiłem i nieraz pisałem, że zło nie ma samoistnego bytu, bo nikt przecież, tak naprawdę, nie chce czynić zła dla niego samego. Ludzie słuchali, czytali i bardzo łatwo zgadzali się ze mną. A teraz dopiero widzę, że to nieprawda, bo przecież właśnie zemsta jest złem samoistnym. Polega przecież na satysfakcji czynienia zła, nie służy żadnym dobrym intencjom.
Jacka Kuronia zwolniono w lipcu 1977 na mocy amnestii. W trakcie strajku w Stoczni Gdańskiej -- 20 sierpnia 1980 -- znów został aresztowany, po czym zwolniony w rezultacie porozumienia z władzą 31 sierpnia. 13 grudnia 1981 został internowany; tego samego dnia internowano syna Kuroniów. Trzy dni później to samo spotkało Gaje.
Jacek (Strzebielinek, 15 grudnia 1981)
Tym razem wprawdzie jestem internowany, ale nikt nie wie, co to znaczy, więc lepiej nie dociekać. Jak zwykle, kiedy się tu dostaję, zaczynam okrutnie tęsknić za Tobą i to jest bezspornie dobra strona tej zabawy. Dzięki niej nasza miłość nie powszednieje, choć, bo ja wiem, może i bez tego byśmy umieli ocalić się od zszarzenia. Nie dali nam tego popróbować. [...] Jak dostaniesz ten list, będziesz wiedzieć, że możesz do mnie pisać. Wiesz najlepiej, że poza Tobą mnie nie ma. Wiesz, że tylko z Ciebie moje radość, siła, życie.
Gaja (Olszynka Grochowska, 19 grudnia 1981):
Nie zdążyłam ustalić, gdzie jesteś, a już sama znalazłam się w analogicznej sytuacji. [...] Wzięto mnie w momencie, kiedy robiłam na drutach kapcie dla Ciebie i Maćka. Ty pewnie nie wiesz, że o kupieniu kapci nie ma co marzyć. Zostawiłam druty i wełnę, a wszystkie prośby i obowiązki przekazałam Ewie. [...]
Jacku, kochany mój, nie martw się o mnie. Tutaj łatwiej przetrzymać ciężkie czasy -- ręczę Ci. Odetchnęłam z ulgą, kiedy znalazłam się w celi. Poczucie odpowiedzialności gniotło mnie straszliwie, znasz sam najlepiej ten stan.
Gaja (21 grudnia 1981):
Czuję się tutaj nadzwyczajnie, znacznie lepiej niż przez trzy dni, które byłam w domu po wzięciu Maćka. Ma w tym swój udział otoczenie, wszystkie dziewczyny znakomite. Nic z lukrowanych słodkości -- serdeczność, życzliwość, takt. Jak w najlepszym zespole po stu latach psychoterapii bądź dwóch obozach walterowskich. [...]
Rozpoczęłyśmy intensywne przygotowania do Wigilii i Świąt. Zbieramy papierki od cukierków i czekolady, mamy już opłatki. Ba, nawet kreacje wieczorowe będą w robocie. [...]
Boję się, że trzeba będzie stąd wyjść do zupełnie pustego domu. [...] Ciekawa jestem, co myślisz o sytuacji; wiem, że nieprędko się dowiem. Próbuję myśleć Tobą i wtedy sądzę, że wybrano wyjście bez wyjścia. I wobec tego same niewiadome przed nami.
Jacek (2 stycznia 1982):
Boże, jak strasznie bym chciał pisać do Ciebie list taki, co to wiem, że dojdzie, że prędzej czy później będziesz go czytała, że będzie to kolejny znak naszej trudnej miłości. [...] Nie mam pojęcia, czy jesteś w domu. Co z Maćkiem? Jestem przekonany, że Maćka internowali. Ale co z Tobą? Chyba właśnie przez te niewiadome tęsknię do Ciebie tak okrutnie, jak nigdy. Wciąż mi się przypomina moje pierwsze więzienie -- też było na Pradze i też do Ciebie tęskniłem tak w niewiadome. Pamiętam tamtą tęsknotę za Tobą jasną, wielkooką, okrutnie kochaną małą dziewczynką. [...] Lata mijają, a moje zakochanie, a nasza miłość nic a nic nie powszednieje, nie szarzeje, jest tylko po wielekroć większa i może dziś, tu i teraz bardziej bolesna. Ale nic to. Widać tak trzeba, to przecież cena naszego szczęścia.
[...]
Czekam na Twój list, jak na wolność albo i więcej. Więc jeśli Ty też czekasz, to razem możemy się nie doczekać. Będę więc pisał.
Gaja (8 stycznia 1982):
Fakt, że jestem internowana, ma z mojego punktu widzenia tylko ten minus, że nie mogę mieć widzenia z Tobą i z Maćkiem oraz że nie mogę troszczyć się o Wasze paczki żywnościowe. Mam nadzieję, że w sprawie paczek ktoś mnie zastąpi. Z widzeniami gorzej, ale mimo wszystko dziękuję Bogu, że jestem w więzieniu. Jestem pewna, że mnie rozumiesz. Zawsze bałeś się myśli, że kiedyś siądę. Dziś, mając za sobą trzy tygodnie, stwierdzam, że wytrzymam długo. Zdaję sobie sprawę, w jak małym stopniu Twoje doświadczenia więzienne przystają do tego, co przeżywam. Mimo to nie wstydzę się zapewnić Cię o moim spokoju i opanowaniu. Nie mówię już, że zwyczajnie wypoczęłam, czuję się "wybyczona".
Jacek (Białołęka,10 stycznia 1982):
Domyślasz się, że spędzam czas zdrowo: gimnastyka, spacer, dużo snu i regularny tryb życia. Dzięki tej częstej opiece państwowej może mi się udać dożyć późnych lat starości. Wiesz też, że tęsknię za Tobą, do Ciebie okrutnie. Tęsknota jest chyba głównym stanem mego ducha. To sobie możesz bez trudu wyobrazić. O tęsknocie więc powinien być ten list. Czy to jednak możliwe?
Tyle już listów do Ciebie napisałem i wszystkie były przecież o tęsknocie. Może już wszystko w nich napisałem i od dawna skazany jestem na powtarzanie się? Myślę, że i tak, i nie. To znaczy powtarzane są słowa, które w nieudolności składam [...]. Inna jest ta moja teraźniejsza białołęcka tęsknota niż tamte sztumskie, wojskowe, z Wronek czy Potulic. Coś prawdziwego się z nami stało w tych ostatnich latach. Jak by miłość była jak nalewka, z każdym rokiem smaczniejsza, wytrawniejsza, mocniejsza, bardziej aromatyczna. Co? Chyba nie tylko ja tak czuję. Aż dziw bierze, jak to na starość może coś takiego przyjść na człowieka.
Jacek (14 stycznia 1982):
Właśnie przed chwilą dostałem pierwszą Twoją kartkę -- z 19 grudnia. Wiesz najlepiej, jaka to radość, jak mi teraz pięknie, kolorowo, rzewnie, wesoło i smutno... Wiesz. Te kapcie, co robiłaś na drutach, kiedy przyszło po Ciebie, mam teraz w celi. Po historii Twojej kartki, to jest miesięcznej podróży -- zawierającej kilkanaście słów ledwie -- należy wnosić, że nieprędko przeczytasz to, co teraz do Ciebie piszę, no i że im krócej będę pisał, tym lepiej. Tyle że wiele strasznie różnych rzeczy chciałbym Ci opowiedzieć, jak więc tak -- pisać krótko?
Gaja (14 stycznia 1982):
Najdroższy mój, dzień dobry, dostałam dziś pierwszy list od Ciebie -- list, który pisałeś 10 stycznia. Minęły ledwie cztery dni. Mam poczucie, że czuję Twój zapach, ciepło rąk. Wzruszyłam się i pierwszy raz popłakałam sobie ku uciesze poczciwej moich współtowarzyszek [...]. Twoje listy są takie piękne, mądre, kochane. Ja do dzisiaj starałam się wypierać z siebie tęsknotę, myślałam o codziennych obowiązkach, pomagałam, jak mogłam, moim dziewczynom z celi i tak żyłam z uśpionym sercem. W nocy tylko przychodziłeś do mnie, ale też nie żywy, z krwi i kości, lecz łagodny, czuły, dobry. A teraz stało się, obudziłeś mnie teraz, tak jak obudziłeś mnie do życia, do naszej miłości. Dziękuję Ci, Kochany, i bardzo, bardzo pragnę być dla Ciebie radością, ciepłem i liryczną przygodą (żadną opoką).
Jacek (17 stycznia 1982):
Kochać ludzi można tylko wówczas, jeśli kocha się tego (wybacz, zmienię w tym miejscu rodzajnik), tę jedną jedyną. Jestem przekonany najgłębiej na świecie, że właśnie tak. Trzeba wielkiej miłości, aby kochać siebie i ludzi czy, jak kto woli, bo to wszystko jedno: ludzi i siebie. Tylko w tej jednej miłości można przeżywać naprawdę cały świat jako w pełni wspólny z drugim człowiekiem. Dzięki temu można się z nim w pełni utożsamiać, przeciwstawiać i przezwyciężać to przeciwstawienie na coraz wyższym poziomie.
Gaja (Gołdap, 22 stycznia 1982):
Jestem tutaj od tygodnia. [...] Zamknięto nas tym razem w warunkach przyzwoitych, przypuszczam, że na pokaz. [...] Dom stoi w ślicznym lesie mieszanym. Dosłownie na wyciągnięcie długiej ręki świerki, brzozy, sosny. I takie szaleństwo ptaków jak w Borku, przychodzą stada sikorek, wielkie, kolorowe sójki, dzięcioły i wiele innych, których nie umiem nazwać. [...] Wszystko bez Ciebie wydaje się bez sensu, ale jestem szczęśliwa, że jesteś i kochasz.
Gaja (10 lutego 1982):
Bardzo czuję dzisiaj brak Ciebie, tłukę się z kąta w kąt, nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wszystkie samozachowawcze i przystosowawcze zachowania wzięły w łeb i tęsknię do Ciebie jak zwierzątko. Pewnie nie powinnam w takiej chwili pisać, bo przeniosę ten nastrój na Ciebie, a kiedy będziesz to czytał -- ja będę wesolutka już i pogodna. Ale komu mam to powiedzieć? Popłaczę sobie chwilkę, pisząc do Ciebie, i pewnie wypłaczę cały smutek, zostanie tylko tęsknota. Dziś zatraciłam dystans do wszelkich wielkich i średnich spraw, czuję tylko, jak bardzo nas skrzywdzono, skazując na oddzielenie.
Gaja (20 marca 1982):
I na mnie przyszedł kryzys, poczułam cały bezsens pisania listów do akt, dało mi to w kość -- przyznaję. Nie wykrzesałam z siebie siły zdolnej przebić tę niemoc. Rozmawiałam z Tobą przed zaśnięciem, śniłeś mi się wspaniale, budziłam się i popłakiwałam, a pisać nie mogłam.
Gaja (l kwietnia 1982):
Miły mój, drogi, wspaniały, czy to musi tak boleć? Taki jesteś mądry, a nie masz żadnego pomysłu na lekkie życie. Czasem zazdroszczę bohaterom romansów (i pewnie bajek): "Żyli długo i szczęśliwie". Nikt im nie kazał się rozstawać, tęsknić, płakać. Z czego brało się ich szczęście? Czy można żyć szczęśliwie w niezgodzie z własną świadomością? Tak sobie infantylnie burczę na los, a przecież wiem, że jestem szczęśliwa dzięki Tobie, z Ciebie, dla Ciebie. Tylko tak strasznie mi Ciebie brak, tak pusto, tak zimno, daleko. Rozumiesz to wszystko, wiem dobrze. Napisz, pomóż.
Jacek (gryps, 28 kwietnia 1982):
No, ale dość uciechy, teraz muszę na Ciebie trochę poburczeć -- i to wciąż na ten sam temat -- skąd ten ton ciężaru trosk w Twoich listach. Jak korespondencja z Oświęcimia. Piszesz, że wszystkim wam tak strasznie ciężko -- czemu? [...] Co was tak, drogie dziewczyny, gniecie? Ja naprawdę pytam z całą powagą i nie rozumiem. W przyzwoitych warunkach, z wysoką stopą życiową, człowiek ma wreszcie czas, żeby używać szarych komórek w spokoju i -- zaraz dramat! [...] Próbuję zrozumieć, co to jest--jakaś epidemia? Mam parę pomysłów na podstawie samej korespondencji.
Zacznijmy od tego, że Twój list jest cały w nastroju: "już, już wychodzę na wolność" [...]. To oczywiste psychiczne samobójstwo. Gdybym sobie kiedykolwiek na takie pomysły pozwolił, to już parę lat temu bym się leczył w zamkniętym zakładzie. Pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie wolno przeżywać swojego uwolnienia. Nie wolno!!! To wcale nie znaczy, że masz się nastawiać na wieczne siedzenie. Przeciwnie, jak mówią złodzieje: tylko zamknąć cię nie musieli -- wypuścić muszą. No ale właśnie skoro masz to jak w szwajcarskim banku, to nie zawracaj sobie tym głowy. Konkretnie myśleć musisz w kategoriach -- co przeczytasz, napiszesz, zrobisz -- już, pojutrze, w czwartek... ale tu jest żelazna zasada! Nie wolno czekać!
Gaja (gryps, Łódź, 15 czerwca 1982):
Pewnie jutro biegłabym na dodatkowe widzenie do Białołęki, a tu prątki Kocha albo inne nie zidentyfikowane jeszcze wirusy zastawiły drogi, barykady, zasieki. Wszystko odbyło się nadzwyczaj szybko i ku swojemu zaskoczeniu wylądowałam na łóżku szpitalnym z kroplówką w żyle i jutro będzie już tydzień. [...] Marka zaniepokoił mój kaszel i dla spokoju własnego sumienia wstawił pod RTG. [...] Nagle się zakotłowało, lekarka-radiolog uznała, że zdjęcie popsute, zrobiono następne, potem jeszcze dwa i nie było dla mnie ratunku. Mam obustronne zapalenie płuc z zaciekami na całych płatach, ze zrostami (pewnie trwające już 3-4 miesiące) na tle infekcji gruźliczej bądź wirusowej. [...]
Teraz rozumiem, że ta słabość, z którą walczyłam i której nie mogłam zaakceptować w Darłówku (a zaczęło się od transportu Gołdap-Darłówek), to było choróbsko, którego tamtejszy lekarz nie leczył, bo nie raczył wziąć słuchawek do ręki,
mimo że sama mu mówiłam, że czuję się jak podczas zapalenia płuc. Teraz będę musiała leżeć około pół roku, może uda się przepleść pobyt w szpitalu wyjazdem na wieś bądź do sanatorium. Jedno jest pewne, na to się nie umiera. Więc się nie zamartwiaj!
Gaja (gryps, 5 lipca 1982):
Jedyny, mam potrzebę pisać tylko do Ciebie i nawet czuję przypływ zapotrzebowań grafomańskich, najchętniej pisałabym dziennik -- taki dla Ciebie, żebyś mnie czuł mimo tej pustej przestrzeni między nami. Ale cenzurze go poddać nie mogę, a inaczej trudno. [...]
Wyobraź sobie, że Edelman, który sam chorował na gruźlicę, wymyślił, że mnie rzucisz, jak się dowiesz, że jestem gruźliczką. Dlatego zakazał mówić o gruźlicy, podtrzymuje -- nawet dla KSMO -- wersję zapalenia płuc. Powoli, powoli pewnie zdecyduje się ujawnić prawdę, ale to uzyskać nie będzie łatwo. Żadne względy społeczne, np. prześwietlenie moich współtowarzyszek, nie są dla niego warte komplikacji emocjonalnych, które mogłyby mnie spotkać. To jest z jednej strony śmieszne, bo widać, jak bardzo nie zna Ciebie, mnie i nie odbiera aktualnych nastawień społecznych. [...] Z drugiej -- wzruszające. Bo w tych zwariowanych czasach gotów jest chronić czyjeś szczęście nawet wbrew rozsądkowi.
Jacek (gryps, 7-8 lipca 1982):
Bo kiedy Ciebie boli, bo kiedy cierpisz, to ja chromolę ojczyznę, wszystkie idee. Nie chcę, nie chcę, nie chcę... A przecież Ciebie boli zawsze, jak mnie nie ma. Prawda? Chcę tego straszliwie i boję się tego. [...] No i co ja mam zrobić do cholery? [Proponowano mu wyjazd z żoną na Zachód.] Podpisałbym współpracę z SB, ale wtedy Tobie bym zrobił krzywdę. Może byś mnie nawet wyrzuciła. Dziewczyny wolą ułanów niż księgowych... i co ja, mały piesek, na to poradzę. Nie urodziłem się na Don Kichota, nie ma już wiatraków, a ja [...] próbuję walczyć ze smokami.
Jacek (gryps, 9 lipca 1982):
Tylko Ty świecisz, a wszystko inne odbija Twoje światło. Wiem to na pewno, bo teraz, kiedy w mojej chorej wyobraźni Twoje światło słabło, to cała reszta zgasła. Więc tak właśnie Ciebie kocham, a prawie całe życie nic, tylko sprawiam Ci ból. [...] Ale też ten Edelman wymyślił, że Cię rzucę, jak się dowiem, że masz gruźlicę. A Ty piszesz, że bym nie rzucił, bo się zmieniły społeczne nastawienia wobec gruźlicy.
Jacek (gryps, lipiec 1982):
Przyznam Ci się, ale proszę, traktuj to jako... -- zaplątałem się i już teraz muszę dokończyć. Chodzi o to, że nie mogę Ciebie przeżyć -- bo jak można żyć bez sensu. Wybacz te brednie, [...] Ty leżysz u Edelmana pod kroplówką, a ja zamiast samej radości i pogody wysyłam jakieś brednie o śmierci. [...] Jestem w Tobie obłędnie, po wariacku zakochany i [...] każde słowo do Ciebie przeżywam jak sacrum. Stąd, pisząc to, wpędzam się w taki stan napięcia, a efekt właśnie czytasz. Wybacz. [...]
Jaki dziwny, piękny i trudny jest świat naszej miłości. Pomyśl, jak by wszystko było przeciw nam, a przecież jest to nasze szczęście, naprawdę wielkie szczęście. [...] Co pomyślą sobie nasze wnuki -- bo chyba jakieś wnuki się nam dostaną -- jeśli przypadkiem znajdą w szpargałach ten list? Czy będą nam współczuć, czy zazdrościć? Czy w ogóle coś z tego wszystkiego zrozumieją? [...]
Teraz chyba pora na pogodną starość w naszym Borku. O rany, jakbym strasznie chciał być tam z Tobą i mieć gdzieś komunikację miejską i inne problemy natury ogólnej.
Gaja (gryps, 13 lipca 1982):
Mój cudowny, mój wspaniały, mój jedyny. Jeden jedyny na całym świecie. Ja tu wariuję z tęsknoty, a Ty każesz się porzucić i z góry rozdrapujesz duszę i przymierzasz się do roli porzuconego. Nic z tego, Jacku, nic z tego. [...]
Mój kochany wariacie, plany podróży nie podobają mi się wcale. Zmiana klimatu zresztą niewskazana. W Kruczym Borku będzie akurat. Bylebyś wyszedł i wtedy składaj mi obietnice. A jak dotąd mamisz mnie z mamra, ja naiwnie wierzę, a potem robisz swoje. Już niech tak zostanie, jesteśmy w jesieni życia, nic nie zmieniajmy. Tylko wróć, wróć i już. [...] Żyję, żyjemy i mamy jeszcze trochę czasu. Przecież tego nigdy nie wiemy, wiedzieć nie będziemy, ile nam zostało. Żyjmy, jak umiemy najpiękniej, dla siebie. Godnie, dobrze, serdecznie. [...] Czekaj na mnie spokojnie, okiełznaj te sfory złych myśli. Ciesz się naszym szczęściem, mamy je dla siebie (choć nie tylko).
Gaja (gryps, Kruczy Borek, 31 lipca
Cała jestem czekaniem, nadzieją na spotkanie z Tobą, radością i niecierpliwością. Kiedy będziesz obok? Gdyby nasze bycie obok nie miało takiej ceny, pewnie nie miałoby wartości, jaką posiada. Pokonanie oporu ciała, pokonanie choroby stało się dla mnie zadaniem, które mnie doprowadzi do Ciebie. Dlatego jem, śpię, oddycham z radością i niecierpliwością; jesteś daleko, ale będziesz, będziesz blisko, będę mogła trzymać Twoją rękę w mojej, czuć Twoją obecność.
Tylko się nie martw, nie umieraj ze strachu. Jestem Twoja cała bez reszty. Szczęśliwa, ciągle na nowo zakochana, pewna Twojej miłości. A że mi zdrowie nawaliło, ciało postawiło opór? To na szczęście nie ten jedyny raz. A skoro nie ten, to nie ma sprawy, będę żyła sto lat, aż do znudzenia.