i i


(...) Więzienie to dla mnie przede wszystkim tęsknota za Gajką. Tęsknotę, która poraża, burzy porządek świata, przeżyłem po raz pierwszy w wojsku. Początkowo nawet tego nie mogłem zrozumieć, bo przecież zdarzało nam się już na siebie czekać. Gaja miała praktykę, wyjeżdżała z dziećmi na wakacje, a ja nie miałem czasu, wyjeżdżała do Jugosławii, na badania do Tarnobrzegu...Zawsze bolało-ale było znacznie łatwiejsze do wytrzymania niż to w wojsku, a później w więzieniu. Dlaczego? Bo tamte wszystkie można było w każdej chwili przerwać? Bo sami je sobie fundowaliśmy? Na pewno tak, ale to nie wszystko. W tęsknocie wojskowej i więziennej najbardziej bolało okaleczenie świata.

Przez najważniejsze dla naszego życia lata Gaja i ja wszystko robiliśmy razem, razem myśleliśmy, razem czuliśmy, baliśmy się, cieszyli... Kiedy więc ona wyjeżdżała na praktykę, to obydwoje pozostawaliśmy w naszym wspólnym świecie. Każde z nas było samo, ale jakby w tym drugim, bo robiliśmy to, co wspólne-we wspólnie rozpoznanych i osądzonych sytuacjach. Tymczasem wojsko, a później więzienie to nie tylko była rozłąka, to był obcy świat, wobec którego nagle musiałem stanąć sam -bez Gajki. Mówię, że wszystko robiliśmy razem, ale jak zawsze w takim ścisłym współdziałaniu zrodził się między nami pewien podział ról. Ja byłem jej szaleństwem, ona moim rozsądkiem; ja byłem jej analizą i syntezą, ona moim osądem moralnym(...)

Nagle poczułem, jak wiele czasu jej zabrałem. Ogarnął mnie straszny żal za każdą chwila, za każdym wieczorem, za każdą przepyskowaną nocą, których nie spędziliśmy wspólnie tylko we dwoje. Ile jest kształtów tęsknoty, jej kolorów, odcieni-myślę, że nieskończenie wiele- tyle, ile może być stanów psychicznych. Kiedy nie chciałem jej do siebie dopuścić, kiedy zakazywałem sobie myśleć o Gajce- bo z tego rodziła się okrutna niecierpliwość serca, wytrzymać nie można- budziłem się w nocy ze snu z poczuciem dojmującego braku, pustki, dziury w sercu, kiedyś pomyślałem sobie, że czuje się jakby mi ktoś wyrwał serce i rzucił je na śmietnik. 

Właściwie wtedy, w więzieniu uświadomiłem sobie dokładnie, jak bardzo cały jestem w niej. Na przykład myję zęby w poprzek i przypominam sobie, że to ona mnie tego nauczyła. Kiedy piszę coś, rozważam jakiś problem i nie mam się kogo spytać, to nie znaczy, że kogokolwiek, tylko że właśnie jej nie mogę spytać. Wymyśliłem coś, zrobiłem, napisałem i pierwsza myśl: pokażę jej, jak wrócę, a tu tyle czasu trzeba czekać. Mam sobie coś za złe i słyszę jej głos: Jacuś tak nie wolno- a znowu zdarza się, że jestem z siebie dumny i także jej głosem we mnie, widzę jej oczy pełne aprobaty, podziwu. Piorę skarpetki i przypominam sobie, jak Gajka mówiła, że trzeba płukać w trzech wodach. Gimnastykuje się i myślę sobie: -No, będę dla niej wyglądał wspaniale. I przychodzi wtedy nagle taka tęsknota, kiedy czuje się, że Gajka jest i że jej nie ma.
I wreszcie tęsknota, kiedy mówią o kobietach. Przeważnie opowiadają o złych żonach. Słucham i tak wyraźnie czuję, jak wspaniała jest Gajka, w niczym do nich nie podobna. Nawet jak opowiadają dobrze, wiem, że to, co mówią, jest śmieszne. Bo jest Gajka- niezwykła, wspaniała, lepsza od wszystkich na świecie.

I wreszcie wspominanie, bo przecież czasem pozwalam sobie na ten luksus, że myślę o niej, wspominam różne zdarzenia z naszego życia. Właśnie wtedy najmocniej rodzi się niecierpliwość serca, taki skurcz serca, żeby tu była już w tej chwili, w tym momencie. Nie można czekać nawet dziesięciu minut, a tu trzeba czekać trzy lata, może nawet więcej. I listy. Niedziela-czas pisania listu. Piszę go cały dzień, wtedy pozwalam sobie myśleć o Gajce. Ale list przepuszczam przez wszystkie, niezliczone wewnętrzne cenzury-ważę słowa, żeby były pogodne, żeby się nie zmartwiła, żeby nie myślała, że jest mi źle. A zarazem, żeby jej nie było smutno, że może mi być dobrze bez niej. Gdy czytam te listy teraz, wstyd mi, że są takie wyważone. Na początku zawsze zaklęcia, prawdziwe, ale jakby nie z serca płynące. Potem o jakichś problemach filozoficznych, filozoficznych czym myślę, o czym napisałem i żeby ona pracowała, żeby coś robiła, żeby nie tęskniła. Żeby nie czuła się bezbronna i żeby mi pomogła. I wtedy mój pomysł, żeby pracować razem, żeby się nad tym samym zastanawiała, więc zadaje jej różne pytania. A potem na końcu znów parę słów zaklęć, jakże prawdziwych i jakże nieprawdziwych - przecenzurowanych. I jej listy-są skowytem, skowytem bólu, tęsknoty. Myśmy jeszcze wtedy nie czytali "Pieśni nad pieśniami", nie był to czas "Pisma Świętego" dla nas obydwojga. A ona w swoich listach pisała "Pieśń nad pieśniami". Odkryliśmy to już później, kiedy razem czytaliśmy "Pismo Święte". Gajka pisała: W półśnie zdawało mi się, że leżysz koło mnie, szukałam Cię ręką, było puste miejsce, zerwałam się, zaczęłam chodzić...Ten motyw szukania, a tu puste miejsce. Ciekawe są te moje mechanizmy obronne, bo ja tych listów wtedy tak nie czytałem, dopiero teraz zobaczyłem, jak one są strasznie smutne.

I widzenia, widzenia dwudziestominutowe, bo tyle wtedy przysługiwało więźniom mojej kategorii. Te widzenia, na które ona jechała z drugiego końca Polski. Staliśmy naprzeciw siebie w "tramwaju", między nami taka długa przestrzeń. Patrzyliśmy na siebie. Coś mówiliśmy, ale nie pamiętam co. Kiedy ogłaszali koniec, zawsze przypominałem sobie to, czego nie powiedziałem, co powinienem jej powiedzieć. Potem dochodziłem do wniosku, że bardzo źle wyszło to co powiedziałem, bo nie powiedziałem tak jak trzeba. A to jeszcze ze względu na to, że oni słuchają, a coś trzeba jeszcze przekazać, jakimś kodem. I zaraz potem pisałem do Gajki list. I taki byłem szczęśliwy, a wychodziłem z bólem. Ten cały dzień już był do niczego, ale pozostała wielka radość, że Gajka jest i-jak pisała w listach- że czekamy, że się doczekamy(...).

("Wiara i wina")