i i


W 1955 roku pojechaliśmy do Wolina. Kwatermistrzówkę robił nam Zarząd Stołeczny ZMP. Załatwili nam ośrodek szkolenia rolniczego w miasteczku Wolin, niby wszystko cacy, ale po przyjeździe okazało się, że przynajmniej dla jednej trzeciej dzieciaków nie ma łóżek ani koców. Nas było czterech, tych, którzy wiedzieli, o co chodzi, a prócz tego jakieś nauczycielki dobrane przez Zarząd Stołeczny i takie śmieszne dziewczyny z IX klasy jako pomoce wychowawcze. Na te dziewczyny mówiłem kozy. Była jedna, taka z warkoczem, ale wtedy jej jeszcze nie zauważyłem.
Nie było gdzie dzieci ułożyć. Przystąpiliśmy do pracy, żeby je nakarmić, bo przecież podróż była strasznie długa, z awanturami, przesiadkami, zwykły koszmar podróży w Polsce. Naprzód ja bawiłem wszystkich, całą 150-tkę, umiałem wtedy to robić. Dzieci zapomniały o zmęczeniu, o jedzeniu, o wszystkim. Ciekaw jestem, czy jeszcze dziś bym to potrafił? Chyba nie-trzeba do tego niesłychanej siły fizycznej, a przy tym mnóstwo inwencji i pomysłów. Część kadry przygotowywała w tym czasie posłania, część przygotowywała posiłek. Następnie przystąpiliśmy do układania ich do snu. Praca była tak trudna, że przynajmniej parę nauczycielek, czy może wszystkie, zbiegły się do kancelarii ośrodka i powiedziały, że w ogóle nic nie będą robić, że wyjeżdżają. Nie mieliśmy się czasu kłócić, użerać, po prostu pracowaliśmy.

Wreszcie w nocy, kiedy dzieciaki już spały ubawione i zmęczone, ruszyłem na obchód. Szedłem z sali do sali i sprawdzałem, czy wszystkie mają się czym okryć, na czym spać. Czasem dzieciak otwierał oczy, ja mówiłem: -Śpij, wszystko jest dobrze. Dzieci lubiły taką troskę, tęskniły za rodzicami, czuły się samotne, zagubione i nagle okazywało się, że ktoś o nie dba. Jak któreś się bardzo rozbudziło, pytałem: -Jak masz na imię? -I już dalej mówiłem do nich: Elu, Staszku, Franku. Musiałem się tego błyskawicznie nauczyć, żeby na drugi dzień nie zapomnieć takiego dzieciaka. Wszędzie ktoś spał nie tak, ściągałem jakieś koce, przesuwałem, poprawiałem materace. Jeśli chodzi o wychowanie, to był mój największy czas, czas troski o każde dziecko.

Wreszcie przyszedłem do ostatniej sali, gdzie spał zastęp trzeci- w Wolinie było ich pięć-tu wszyscy spali jak trzeba, wszystko było w porządku, absolutnie wszystko. Nagle zobaczyłem, że w kącie ktoś śpi na plecaku, w kucki, przykryty kocem na głowę. Podszedłem i okazało się, że to jest dziewczyna z warkoczem, jedna z kóz. Niesłychane było to, że nie trzeba było nic poprawiać, wszystkimi się zaopiekowano i że ta dziewczyna śpi na plecaku. Więc mówię do niej:

- Jak masz na imię?
- Grażyna.
Obudziła się oczywiście, kiedy zaświeciłem latarką. Właśnie w tym błysku latarki zobaczyłem, że ma takie wielkie, złociste oczy. Wziąłem ją za warkocz i zapytałem:
- Czemu ty tak śpisz?
- No bo już ułożyłam wszystkie dzieci, wszystko jest w porządku, więc mogę sobie pospać.
- To trzeba było przyjść do nas, do kancelarii.
- Po co miałam wam głowę zawracać, wy i tak macie dużo roboty.
- Masz pewnie młodsze rodzeństwo i ty jesteś najstarsza?
- Tak.
Tak poznałem Gaję. Powiedziałem: 
- Teraz chodź, bo musimy pogadać. Od razu zrobiliśmy odprawę kadry i krzyczałem strasznie, że nie tak położyli dzieci, nie dopilnowali i chwaliłem tę małą, że jedna jedyna umiała to zrobić (...)

A Gajka w ogóle była najlepsza. I ja to mówiłem stale i stale chodziłem do namiotu jej zastępu, aż wreszcie zrobił się bunt. Trudno powiedzieć, na ile on był sprawiedliwy, bo to było nie w porządku, że ja tylko jedną Gajkę widziałem na świecie. Czy to był naprawdę najlepszy zastęp, czy może ja ją już kochałem, choć się przed tym strasznie broniłem, bo ona miała przecież 15 lat, a ja 21? Nie o to chodzi, ile miałem lat, ale jakoś wcześniej zacząłem żyć i byłem już stary, cyniczny i bałem się tego. I zrozumiałem, że nie mogę uwodzić małej dziewczynki. Uważaliśmy, że ważnym elementem dla klimatu obozu jest przyjaźń kadry. Przez cały dzień nazbierało się jednak sporo konfliktów między nami. Potem odbywała się wieczorem narada kadry i pyskowaliśmy, skakaliśmy sobie do oczu, przepraszaliśmy się. Już w nocy przychodziłem do namiotu kadry żeńskiej, gdzie się wszyscy schodzili i opowiadałem bajki. Tak się składało, że siadałem zawsze na pryczy Gajki i brałem ją za warkocz, to była jedyna pieszczota, na jaka sobie pozwalałem, i opowiadałem wszystkim, a naprawdę Gajce. I tak się to ciągnęło. Więc ona rzeczywiście była najlepsza, czy mówiłem, że jest najlepsza dlatego, że już ja kochałem, trudno powiedzieć.

Jest coś takiego między ludźmi, że kiedy zaczyna się miłość, to przylatuje anioł, którego nikt nie widzi na świecie oprócz tych, którzy się kochają. Ja czułem tego anioła, ale nie miałem odwagi powiedzieć, że to tak. Więc się broniłem jak mogłem. I jedyna pieszczota to było to targanie za warkocz. Nie wiem, czy jak się kogoś bierze za warkocz to on to czuje czy nie. Gajka czuła, ale może nie przez warkocz, tylko inaczej. Oczywiście wszystkie baby krzyczały, że nie widzę innych zastępów, tylko ten trzeci, że jestem niesprawiedliwy itd., itd.
Pamiętam był taki pomysł, że wszyscy idą nad wodę, a po kąpieli są jakieś rozrywki. Był wtedy straszny upał. Gajce coś się pokręciło i wcześniej przyprowadziła wszystkie zastępy do obozu. Ja zacząłem krzyczeć, ona się rozpłakała. Myślałem, że oszaleje z rozpaczy, że przeze mnie płacze. Miałem rację i mogłem sobie pokrzyczeć, a tu nagle zrobiłem się mały, głupi i zacząłem głaskać ją po warkoczu. Mówiłem:
- Masz rację, to ja pokręciłem.
Ona płakała i mówiła:
- Nie, ja wiem, to ja źle, to ty masz rację.
Mieliśmy mieć Wolinie dwa obozy, w lipcu i w sierpniu. No ale ona mi oświadczyła, że na sierpień nie może zostać. Więc się wystraszyłem, wszyscy się wystraszyli, bo rzeczywiście Gajka była najlepsza z nas wszystkich i powiedzieli:
- Pogadaj z nią.
Poszliśmy sobie do lasu, ja ją trzymałem za warkocz i z nią rozmawiałem. Mówiłem:
- Dlaczego nie możesz, przedtem powiedziałaś, że możesz. Powiedz dlaczego?
Ona na mnie popatrzyła i powiedziała:
- Chcesz naprawdę, żebym ci powiedziała dlaczego? Bo Ciebie kocham i nie mam żadnych szans, więc nie chce tu zostać.

Jeszcze przedtem był taki moment: cisza poobiednia, dzieci szły spać, taki był obyczaj. Myśmy właściwie spać nie mogli, bo zaraz trzeba było coś zrobić, ale była chwila oddechu. Położyłem się w namiocie i przysnąłem. Fartuchy były podwinięte, jeden się spuścił i musnął mnie po twarzy. A mnie się śniło, że mnie Gajka muska warkoczem - to znaczy przeleciał anioł i obudziłem się absolutnie szczęśliwy. Pomyślałem sobie: przecież ja kocham tę małą gówniarę. Przestraszyłem się tego, zaparłem. Tego dnia albo następnego ona powiedziała, że mnie kocha. Wtedy już nie wytrzymałem, powiedziałem, że ja też. Gaja się potem śmiała, że to ona mi się oświadczyła. Wróciliśmy tacy szczęśliwi. Ona powiedziała:
- Zostaję.
Muszę przyznać, że mnie to wręcz przeraziło, ponieważ miałem dopiero 21 lat, aż 21 lat i wiedziałem, że ludzie sobie na słowo nie wierzą, że takie słowa się mówi i one jakby nic nie znaczą. Że do dobrego tonu należy nie wierzyć w takie słowa. A ta moja dziewczynka, kiedy usłyszała, że ja też, uznała, że to jest opoka i na tej opoce zbuduje kościół swój. Postanowiła: tak powiedziałeś, to ja zostaje. Tu, teraz i na zawsze. Mała dziewczynka, która wierzyła w każde moje słowo. I kiedy tu powiedziałem przed chwilą, że ona mnie stworzyła, to właśnie dlatego, że kiedy ona powiedziała "tak", to zrozumiałem, że nasze słowo jest tak tak, nie nie, a co do reszty-od diabła jest. Zrozumiałem, że skoro ta mała dziewczynka tak mi wierzy, to tak musi być. Można się wszystkim na świecie sprzeniewierzyć, ale nie jej. I wróciliśmy do obozu

Wszyscy mieli mi za złe, że wyróżniam Gajkę, że jak te bajki opowiadam dziewczynom, to siadam na jej łóżku, niby było ciemno, ale wszyscy to widzieli. Więc zebrała się grupa partyjna obozu, jej sekretarzem był Sasza Czubaty. Ja byłem już wtedy bezpartyjny, bo z partii mnie wyrzucili, ale byłem ważny klient. Pamiętam, jak zebraliśmy się w namiocie rady obozu, noc była, pełnia i oni mówili:
- Co ty robisz? Zawracasz dziewczynie w głowie, siadasz przy niej, wszyscy są zazdrośni, bierzesz ją za warkocz, bajki jej opowiadasz. No, zastanów się co ty robisz.
- Towarzysze-mówię- macie rację. Kłopot polega na tym, że ja ją kocham.
Przedtem bym tego nie powiedział, ale to już było w dzień po tym lesie, więc powiedziałem. Wszyscy na mnie popatrzyli-pamiętam ten namiot, tę świeczkę, tę noc nad Zalewem Solińskim-i Sasza Czubaty, nasz sekretarzyk powiada:
- Co ty za głupstwa jakieś wygadujesz? Miłość? Co ty, dziecko jesteś?
- Trudno, siła wyższa i skrzypce, ja ją kocham.
(...).


( "Wiara i wina")