i i

Kuroń przyjaciel słabszych

Dzięki czterem tomom jego pism wydanych przez „Krytykę Polityczną” oraz książce prof. Andrzeja Friszke pt. „Anatomia buntu” Jacek Kuroń powraca do naszego życia publicznego. Nie jest to jedynie wyraz hołdu dla jego dokonań, lecz również lustro, w którym możemy przejrzeć obecny stan polityki polskiej. Trzeci tom jego prac („Nadzieje i rozczarowanie. Pisma polityczne 1989 - 2004”) przyniósł (oprócz innych materiałów) również przygotowany przez Izę Chruślińską wybór jego wystąpień, artykułów i wywiadów w kwestii mniejszości narodowych w Polsce oraz relacji polsko-ukraińskich.

To najmniej znana sfera aktywności politycznej współtwórcy KOR. Niesłusznie. Był autorem polityki narodowościowej Polski oraz inicjatorem powstania i długoletnim przewodniczącym sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych. „Ukrainę kochał miłością dziwną” - tak o zaangażowaniu Kuronia na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego w czasie jego pogrzebu powiedział prof. Bronisław Geremek.

To, że urodził się we Lwowie - mieście szczególnym dla Polaków i Ukraińców - Jacek odczuwał jako zobowiązanie do działania na rzecz dobrosąsiedzkich relacji pomiędzy naszymi narodami. Za przewodnika w sprawach polityki wschodniej miał Jerzego Giedroycia i w ślad za nim powtarzał, że w sensie geopolitycznym najważniejsza jest istnienie niepodległej Ukrainy („to nas oddziela od Rosji”) oraz zakorzenienie Niemiec w strukturach euroatlantyckich.

Nie ograniczał się do deklaracji kontynuowania koncepcji „Kultury” paryskiej. Z właściwą sobie determinacją dążył do rozbrojenia min, jakie w stosunkach polsko-ukraińskich pozostawiła historia, szczególnie I połowa XX wieku. Za warunek powodzenia uważał ujawnienie prawdy o wydarzeniach II wojny światowej i okresu powojennego oraz wzajemne uznanie swoich win zgodnie z przytoczoną przez biskupów polskich w liście do biskupów niemieckich z 1965 roku zasadą: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”.

Wasi są też nasi

Mniejszości w Polsce nie są wielkim problemem społecznym i politycznym (według spisu powszechnego z 2001 roku stanowią ok. 1% ludności). Komuniści w 1976 roku zadekretowali, że PRL jest państwem jednolitym pod względem narodowościowym. Chodziło o jeszcze jeden argument na rzecz tezy o „jedności moralno-politycznej narodu”, która miała charakteryzować relacje władzy i społeczeństwa pod rządami ekipy Edwarda Gierka.
Matematycznie mieli nieomal rację. Pozostałe po kilku falach emigracji z lat 40. i 50. kilkanaście tysięcy Żydów wyrzucono w 1968 roku. Niemcy tłumnie migrowali do RFN, Litwini i Słowacy byli społecznością niewielką, Białorusini nie przejawiali większej aktywności, zaś wśród rozproszonej po akcji „Wisła” z 1947 roku mniejszości ukraińskiej postępy czyniła asymilacja. Dla podkreślenia swojej tezy władze zmieniły w 1977 roku ponad 100 nazw miejscowości na ziemiach południowo-wschodnich na brzmiące „bardziej po polsku”.

Karnawał Solidarności również w tej sprawie przyniósł przełom. O mniejszościach zaczęto pisać w prasie, I zjazd „S” uchwalił posłanie skierowane do nich, ferment ogarnął również środowiska narodowościowe. Kontynuacja tych procesów było powołanie wśród 15 komisji Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie komisji mniejszości narodowych, której przewodniczącym został Marek Edelman, zaś Kuroń jego zastępcą. Po wyborach czerwcowych z inicjatywy Jacka w Sejmie kontraktowym powołano Komisję Mniejszości Narodowych i Etnicznych.

W jednym z ówczesnych wywiadów Kuroń sformułował trzy zasady polityki narodowościowej III RP. Po pierwsze, państwo polskie po latach obowiązywania „tyleż okrutnej, co bezmyślnej zasady państw jednonarodowych” ma zobowiązania wobec przedstawicieli różnych grup narodowych. Polska jest dla nich ziemią rodzinną. „A że jest to ich ziemia ojczysta, to ich los nie może być obojętny dla władzy państwowej”.
Po drugie, ułożenie stosunków z Ukraińcami, Litwinami, Białorusinami, Niemcami, Czechami i Słowakami ma pierwszorzędne znaczenie dla przyszłości kraju. Jeżeli nie zlikwidujemy - przekonywał - konfliktów, które są między nami, to nas wszystkich razem spotka nieszczęście. A droga do przezwyciężenia konfliktów wiedzie przez przezwyciężenie wzajemnych negatywnych nastawień. „Ten proces trzeba zaczynać zawsze od tych, którzy zamieszkują w Polsce”.

Po trzecie, polskim interesem narodowym jest troska o rozwój mniejszości polskich w krajach sąsiednich. Droga do załatwienia tego problemu wiedzie przez rozwiązanie spraw mniejszości narodowych w Polsce. „Nie tyle należy mówić Litwinom, Białorusinom, Ukraińcom, jak oni sobie mają układać stosunki z Polakami tam zamieszkującymi, ile podać im dobry przykład. Zamiast obowiązującej w międzywojniu zasady: „Wy dokopujecie naszym, my - waszym”, trzeba stosować zasadę: „My ułatwiamy, pomagamy waszym, którzy przecież w jakiś sposób są naszymi”.

W kilka lat później dodał, że jego ide?ą fixe jest sprawienie tego, by „nasze mniejszości były ambasadorami Polski na zewnątrz. I w pewnym sensie są”. Ostro występował przeciwko stosowaniu wobec mniejszości zasady wzajemności - „My zrobimy tyle waszym, ile wy - naszym”, - która chodziła po głowie licznym politykom prawicy. Kierował się przekonaniem, że narodowość jest opcją i nikomu nie wolno powiedzieć, że jest Niemcem, Turkiem, Polakiem. „Jestem danej narodowości, bo tak się sam określiłem. Nikt nie może narzucić nikomu tożsamości narodowej” - konkludował.

Mają dużo rozsądku

Funkcję przewodniczącego komisji sejmowej pełnił - z dwoma przerwami, gdy był ministrem pracy i polityki społecznej - do 2001 roku. „Pełniłem - wspominał w jednym z wywiadów - obowiązki pełnomocnika do spraw mniejszości, choć nikt mnie nie nominował na takie stanowisko. Tak się jednak przyjęło w ministerstwach, w rządzie za czasów kolejnych premierów, że przychodziłem w sprawach mniejszości i prowadziliśmy ważne rozmowy i podnosiliśmy różne kwestie”. Podkreślał, że znajdował zrozumienie u każdego premiera i każdego rządu. Pomagała mu w tym Bogumiła Berdychowska - najbliższa współpracowniczka i twórczyni Biura ds. Mniejszości Narodowych w ministerstwie kultury.

Dziś niemal każde dziecko, którego rodzice wyrażą życzenie nauczania swojej pociechy języka ojczystego, ma taką możliwość. Każdego roku stowarzyszenia mniejszościowe organizują setki imprez kulturalnych przeznaczonych dla swojego środowiska i całego społeczeństwa. Państwo wspiera kilkanaście tytułów prasowych wydawanych w językach mniejszościowych i języku polskim. W mediach publicznych emitowane sa programy w językach ojczystych. W wyborach do Sejmu komitety wyborcze mniejszości nie obowiązuje 5-procentowy próg. Ich reprezentanci pełnią ważne funkcje w samorządzie terytorialnym. W miejscowościach ze znaczącym odsetkiem mniejszości pojawiły się dwujęzyczne napisy.

Ukoronowaniem pracy legislacyjnej Kuronia miała być ustawa o mniejszościach narodowych, której pierwszy projekt przygotowano jeszcze w ramach Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Prezentując jej projekt w 1999 roku, z satysfakcją stwierdził, że poza kwestią języków pomocniczych wszystkie inne wpisane do projektu uprawnienia zostały przyjęte do praktyki państwowej i społecznej. „W ciągu dziesięciu lat zbudowaliśmy system wspierania rozwój aspiracji narodowych mniejszości”. Ustawę ostatecznie uchwaloną w styczniu 2005 roku, po śmierci Jacka.

Ciągle gasił pożary. W relacjach z Litwinami była to sprawa pomnika bpa Bronisława Baranowskiego - Antanasa Baranauskasa w Sejnach, na który długo nie chciał się zgodzić miejscowy Kościół katolicki i społeczność lokalna. W sprawach słowackich był to problem nauczania języka ojczystego, podobnie jak w relacjach z mniejszością białoruską, która długo nie mogła się uporać z niszczącym podziałem. Z pasją zajmował się integracją społeczności romskiej. Do swoich działań włączał instytucje państwowe, organizacje społeczne oraz przedstawicieli Kościołów i związków wyznaniowych.

Najpoważniejszym wyzwaniem był problem mniejszości niemieckiej, której istnienia władze nie uznawały aż do 1989 roku. Wybuchły konflikty o nauczanie języka niemieckiego w szkołach i używanie go w kościołach. O nagrobki i nazwy miejscowości, a także o kształt obchodów świąt kościelnych na Górze Św. Anny na Opolszczyźnie. Emocje ucichły na przełomie wieków. Kuroń tłumaczył to świadomością, że droga Polski na Zachód prowadzi przez Niemcy. Podkreślał znaczenie sensowności polityki rzędu niemieckiego, który udzielał wsparcie dla działalności charytatywnej i gospodarczej dla całej społeczności lokalnej, a nie wyłącznie dla mniejszości. Podnosił roztropność abpa Alfonsa Nossola - ordynariusza opolskiego. „Niemcy na Opolszczyźnie mają wystarczająco rozsądku, by rozumieć, że ta polska mniejszość jest w ogóle większością i trzeba z nią się porozumieć - konkludował. O roli swojej i najbliższych współpracowników zmilczał.

Wzruszenie i strach

Najwięcej czasu i emocji Kuroń włożył w sprawy ukraińskie - zarówno w wymiarze mniejszościowym, jak i międzypaństwowym. Pod wpływem m.in. Kuronia w sierpniu 1990 roku Senat zdominowany przez przedstawicieli „Solidarności” potępił akcję „Wisła” z 1947 roku. W Sejmie - pomimo wielokrotnych prób podejmowanych przez Kuronia - to już się nie udało. Połowicznie rozwiązano kwestię upamiętnień, która II połowie lat 90. zaogniła sytuację w okolicach Przemyśla. Podobnie jak sprawa demontażu kopuły na dawnej katedrze greckokatolickiej oraz zorganizowanie festiwalu kultury ukraińskiej w tym mieście.

Pod koniec życia miał poczucie porażki. W apogeum konfliktu wokół sprawy odnowienia Cmentarza Orląt Lwowskich (załatwiona ostatecznie w 2005 roku) mówił, że w Polsce nikogo nie dziwi, ze Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa domaga się od Ukraińców w Polsce, by napisy na pomnikach ich cywilnych ofiar konfliktu z lat 1944-1947 były dwujęzyczne, „a we Lwowie czemuś to razi”.

1 listopada 2002 roku Kuroń mówił na Ukraińskim Katolicki Uniwersytecie we Lwowie: „Jestem zakochany w Ukrainie absolutnie, od wczesnego dzieciństwa. Porywa mnie, czyni mnie silnym ta niesłychana, ta nieprawdopodobna wola niepodległościowa Ukraińców, wola wybicia się na niepodległość, którą powtarzają pokolenia po pokoleniach, przez łagry, katorgi. Wzrusza mnie ten przekaz męczeństwa, ale zarazem ogarnia mnie strach, bo żeby była niepodległość, trzeba przelać aż tyle krwi własnej i cudzej”.

Jacek uważał, że jedynym sposobem na rozwiązanie problemu przelanej krwi w relacjach polsko-ukraińskich jest prawda i dialog. Z jego inicjatywy kombatanci z wołyńskiej AK Związek Ukraińców w Polsce zapoczątkowali cykl konferencji naukowych „Trudne pytania”, w których 10 sesjach uczestniczyli historycy z obydwu krajów.

Przed obchodami 60. rocznicy wymierzonej w Polaków czystki etnicznej na Wołyniu, która przypadła w 2003 roku, mówił z niepokojem: „Apeluję o dobrą wolę i próbę zmierzenia się z cierpieniem i krzywdą drugiej strony. Nie idzie o to, by krzywdy ważyć, ale by je poczuć. Inaczej lata pracy nad polsko-ukraińskim pojednaniem i zrozumieniem mogą pójść na marne”.

Na Kuronia wówczas się oburzano, bo wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. O zbrodniach popełnionych przez UPA na Polakach mówiono nie tylko w Polsce, lecz również na Ukrainie. Prezydenci obydwu państw odsłaniali kolejne pomniki ku czci pomordowanych Polaków i Ukraińców. Parlamenty uchwaliły wspólną deklarację, zaś polscy biskupi katoliccy i ukraiński episkopat greckokatolicki ogłosiły list pasterski w sprawie pojednania.

Dziś niewiele pozostało z ówczesnej atmosfery. Pojednanie rozbiło się o ocenę postaci Stepana Bandery - przywódcy ukraińskich nacjonalistów, którego na odchodnym za Bohatera Ukrainy uznał były prezydent Wiktor Juszczenko. Dziś po obu stronach granicy najgłośniej słychać środowiska skrajne, które sporządzają wyłącznie rachunki krzywd własnych i licytują się na winy historyczne, które dostrzegają jedynie u strony przeciwnej. Rozbierane są pomniki, padają uchwały o rozbiórce kolejnych. Wydaje się, że wystarczy iskra, by na dziesięciolecia zamrozić stosunki polsko-ukraińskie w stanie zimnej wojny o pamięć.

Lektura pism Jacka Kuronia prowadzi do dwóch wniosków. Dzięki jego myśli politycznej i działaniom praktycznym Polska jest państwem pokoju w sprawach narodowościowych. Wzorem, jak z duma podkreśla nasza dyplomacja, dla innych. Położył fundamenty tak mocne, że nie zdołały ich naruszyć zmiany ekip rządzących i nawoływania różnych środowisk, by „ich mniejszościom” w Polsce odpłacić za rzeczywiste lub wydumane uciski, jakich społeczność polska doświadcza za miedzą.

Jacek miał niezwykle wyczulone ucho na zagrożenia dla stosunków polsko-ukraińskich. Potrafił dostrzec niebezpieczeństwo wówczas, gdy innym wydawało się, że żadne nie nadchodzi. Mówił ostro przede wszystkim do Polaków i od Polaków więcej wymagał. Nawoływał w ślad za ks. Janem Zieją do wielkości ducha, która „się nie zamyka i nie boi. Wręcz przeciwnie, wspiera ona tych wszystkich, którzy są kulturowo słabsi, kulturowo mniej prężni”.

Mirosław Czech

/ skrócona wersja ukazała się w Gazecie Wyborczej 31 lipca - 1 sierpnia 2010r /