i i


Anna Bikont, Joanna Szczęsna "GAZETA WYBORCZA"


Rewolucjonista z duszą negocjatora
 
Ludzi deprawuje zarówno życie w uległości wobec władzy, którą się pogardza, jak i stały opór wobec państwa - uważał zmarły trzy lata temu współtwórca KOR-u

Jest współtwórcą niepodległej Polski. Był sumieniem polskiej polityki. Przez kilkadziesiąt lat uczestniczył w życiu publicznym, nawet siedząc w więzieniu (grypsy z jego tekstami publikowała podziemna prasa), nawet pod koniec życia, kiedy przykuty był kroplówką do szpitalnego łóżka.

Był wizjonerem przekładającym swoje marzenia na konkret. Za najważniejsze uważał wskazywanie zadań, wokół których organizują się ludzie. Jego analizy, programy, manifesty, apele wytaczały strategie przyszłych bitew, jakie opozycja demokratyczna staczała w walce o wolną Polskę.

Nie uznawał przemocy, choć bywał rewolucjonistą. Odważny i bezkompromisowy w poglądach, w działaniu zawsze gotów był do dialogu, negocjacji i kompromisu, mógł i chciał rozmawiać z każdym. Człowieka widział nawet w dręczących go ubekach. Obca mu była pogarda i nienawiść. Gdy był posłem i ministrem nie odgradzał się od ludzi biurkiem, był jednym z tych polityków, który w tłumie wrogich władzy demonstrantów widział pojedynczych ludzi, zmęczonych i przestraszonych transformacją. Próbował wychodzić im naprzeciw.

Swoją pierwszą bitwę z systemem komunistycznym Jacek Kuroń stoczył jeszcze jako członek PZPR, kiedy to wraz z Karolem Modzelewskim napisał "List otwarty do partii", partia zaś uznała to za wypowiedzenie jej wojny.

Jacek Kuroń pisanie traktował jako jedno z narzędzi do zmieniania świata. Kiedy czyta się jego publicystykę, imponujący jest w niej obywatelski imperatyw, żeby zmierzyć się z każdą sytuacją i zawsze znajdywać pole do konstruktywnych działań.

Odzyskać rewolucję dla robotników

Tak naprawdę nie miał to być list do członków partii na Uniwersytecie Warszawskim, tylko manifest skierowany do robotników, by uświadomić im, że ich rewolucja została zdradzona, a nowa klasa wyzyskiwaczy - biurokracja partyjna - zawłaszczyła środki produkcji, więc należy ją obalić. Autorzy nie zamierzali się ujawniać (druk na powielaczu i kolportaż w zakładach pracy planowali zorganizować w konspiracji), ale szyki pokrzyżowała im Służba Bezpieczeństwa.

Jesienią 1964 r. zostali zatrzymani, skonfiskowano im nieukończony tekst, a wkrótce potem wyrzucono z PZPR. Kolejne komórki partyjne na UW podejmowały uchwały potępiające antysocjalistyczną wymowę dzieła, z którym nie miały szansy się zapoznać. W tej sytuacji Kuroń i Modzelewski zdecydowali się na formułę "listu otwartego" i w marcu 1965 r. osobiście rozkolportowali kilkanaście egzemplarzy maszynopisu wśród uniwersyteckiego aktywu. Już następnego dnia aresztowano ich i w trybie ekspresowym skazano na 3 lata (Kuroń) i 3,5 roku (Modzelewski) więzienia.

- Wyobrażaliśmy sobie, że robotnicy będą spotykać się w parku i tam, siedząc na ławeczkach dyskutować tezy naszego tekstu - dziś nie bez pewnego sentymentu wspomina Modzelewski - przygotowywując się w ten sposób do nadchodzącej rewolucji.

Po jej zwycięstwie władzę od zakładów po szczebel państwowy miały sprawować Rady Robotnicze, Rady Delegatów Robotniczych i Centrala Rada Delegatów (tę dyktaturę proletariatu nad wszystkim sferami życia politycznego i społecznego, łącznie z kulturą, autorzy nazwali "demokracją robotniczą"). Trudno przewidzieć, w którym z krajów rewolucja się rozpocznie, ale pewne jest - zapowiadali - że rozszerzy się na cały blok komunistyczny.

Robotnicy mieli być więc nie tylko siłą sprawczą rewolucji i gwarantem utrzymania jej zdobyczy, ale też sprawować władzę bezpośrednio, nie zaś przez biurokratycznych pośredników partyjnych (tu kłania się duch Lenina, który mawiał, że nawet kucharka może rządzić państwem). By mogli rządzić kompetentnie, autorzy "Listu" zaplanowali dla nich dwie godziny szkolenia dziennie w ramach ośmiogodzinnego dnia pracy (nie jedyny to utopijny akcent w "Liście").

Dziś język "Listu otwartego", marksistowskie sformułowania o siłach burżuazyjnych i imperialistycznych, wydaje się anachroniczny i niestrawny. Wtedy jednak śmiała diagnoza ekonomicznej niewydolności realnego socjalizmu i politycznego zniewolenia społeczeństwa robiła wrażenie. "Listem" zachwyciła się spora cześć zachodniej lewicy i przetłumaczono go na wiele języków (w Hiszpanii generała Franco ukazał się jako samizdat).

Kuroń i Modzelewski odcinali się co prawda od klasycznych systemów parlamentarnych, ale ich wizja i państwa "demokracji robotniczej" zakładała system wielopartyjny, gwarancje dla wolności słowa, druku, stowarzyszeń i zgromadzeń, likwidację policji politycznej i zniesienie cenzury. Nie bali się pisać wprost o tak drażliwej sprawie, jak możliwość sowieckiej interwencji (optymistycznie zakładali, że do niej nie dojdzie, bowiem klasa robotnicza w ZSRR solidaryzować się będzie raczej z polskimi robotnikami niż z rodzimą biurokracją partyjną).

Po latach Jerzy Giedroyc wspominał w autobiografii, że wydał "List otwarty" w bibliotece "Kultury", bo uznał, że to "dobra dywersja w stosunku do partii", choć wrażenia z lektury odniósł jak najgorsze. Może jednak nie były takie najgorsze, skoro latem 1966 r. pisał do Jerzego Stempowskiego, że "List" to dokument pasjonujący.

- Myślenie w kategoriach marksistowskich było mi wtedy jakoś tam bliskie, a to był pierwszy całościowy projekt objaśniający przekonywująco, w tych właśnie kategoriach, mechanizmy funkcjonowania systemu dyktatury - opowiada Adam Michnik. - Ja jedynie bardziej respektowałem to, co się wtedy nazywało "formalne wolności burżuazyjne" i do ostatniej chwili próbowałem przekonać Jacka i Karola, by opowiedzieli się za demokracją parlamentarną.

Teresa Bogucka dobrze pamięta dyskusje, jakie "List" wywołał w środowisku warszawskiej młodzieży uniwersyteckiej (która wkrótce potem zaangażowała się w wydarzenia marcowe). Ona sama miała do niego wiele zastrzeżeń. Nie podobało jej się, że demokracja ma być "demokracją robotniczą", nie zaś po prostu "demokracją". Nie trafiał jej też do przekonania "proletariacki mesjanizm" oparty na pomyśle, że klasa robotnicza to warstwa szczególna, obdarzona czymś w rodzaju zbiorowej mądrości. - Nie uważałam, że jak robotnicy zbiorą się do kupy, to są mądrzejsi niż w pojedynkę - wspomina.

Jacek Kuroń rozliczył się ze swych rewolucyjnych pomysłów w napisanej u schyłku lat 80. autobiograficznej książce "Wiara i wina". Jednak w jego późniejszym myśleniu można odnaleźć coś z ducha "Listu otwartego". Choćby wrażliwość na los biednych i wykluczonych, którym zmiany ustrojowe nie przyniosły poprawy losu, a także przekonanie, że wiara w utopię może być motorem sensownych działań na rzecz wspólnego dobra (pod jednym wszak warunkiem, żeby jej nie próbować wprowadzać w życie).

Czas ruchów społecznych

- Komitet Obrony Robotników funkcjonował - opowiada Bogdan Borusewicz, który był jednym z jego założycieli - według pomysłu Jacka, wyniesionego z pedagogiki harcerskiej: że wychowuje się przez działanie i wskazywanie zadań, wokół których ludzie mogą się organizować.

U podstaw KOR-u leżała - według Jacka Kuronia - potrzeba dania świadectwa, którego zabrakło w grudniu 1970 r., kiedy to intelektualiści nie wsparli protestujących robotników. Dopiero gdy KOR zaczął działać, zdał sobie sprawę, że samoorganizowanie się społeczeństwa, to pomysł na wyjście z totalitaryzmu. Wtedy jesienią 1976 r. napisał programowy manifest opozycji demokratycznej "Myśli o programie działania".

Tłumaczył tam, że w systemie totalitarnym opozycja musi przejąć na siebie odpowiedzialność za losy kraju, a ruchy społeczne wymuszą na władzy ewolucyjną przemianę w kierunku demokracji parlamentarnej. Podkreślał, że długofalowym celem działań opozycji jest suwerenność narodu i państwa polskiego, ale za realistyczny cel możliwy do osiągnięcia w krótkiej perspektywie uznał uzyskanie statusu Finlandii, gdzie demokracja parlamentarna ograniczona jest w polityce wewnętrznej i zagranicznej, tym, co mogłoby naruszać interesy ZSRR.

- To sformułowanie stało się pretekstem do ataków ze strony innych odłamów opozycji na Kuronia - mówi Jan Lityński, wówczas członek KOR-u. - Zarzucono nam, że naszym celem jest "finlandyzacja" Polski. Tymczasem Jacek naprawdę wierzył, że my zmieniamy świat, że nasze działania doprowadzą do obalenia systemu i przywrócenia Polsce niepodległości.

Półtora roku przed sierpniowymi strajkami Kuroń w artykule "Sytuacja Polski a program opozycji" napisał, że grozi nam "eksplozja społecznego gniewu na skalę większą niż czerwiec '56, grudzień '70, czerwiec 76 i marzec '68 razem wzięte", co może skończyć się interwencją radziecką i ogólnonarodową tragedią. I postulował, by opozycja wypracowała i rozpowszechniała takie wzorce zachowań społecznych, które mogłyby przybrać charakter masowy. Zainicjowanie szerokiego ruchu nacisku społecznego na władze poprzez oficjalne organizacje (związki zawodowe, stowarzyszenia naukowe, a nawet komórki partyjne) i wymuszanie ustępstw w konkretnych sprawach, miało radykalnie ograniczyć niebezpieczeństwo społecznego wybuchu i zapobiec przelewowi krwi.

Kuroń porzucił wiarę w rewolucję, która siłą rzeczy zakłada jakieś działania gwałtowne, na rzecz wiary w ruchy społeczne na długo przed powstaniem KOR-u. Powstanie "Solidarności", masowego ruchu, angażującego zarówno robotników, jak i inteligencję, obdarzonego moralną siłą i zdolnego zmieniać świat, musiało być absolutnym zwieńczeniem jego marzeń.

Komunistyczna propaganda głosząca, że KOR realizuje własne interesy wykorzystując naiwność klasy robotniczej, a sam Kuroń jest niebezpiecznym ekstremistą, odniosła jednak częściowy sukces.

- Dziś wszyscy wiedzą, kto to Jacek Kuroń, ale wtedy przez wielu, nawet najuczciwszych ludzi, uważany był za podejrzaną personę, która prze do politycznych awantur - przypomina Michnik.

Tymczasem Kuroń przez cały okres legalnej "Solidarności" mediował, negocjował, gasił strajki. W dyskusjach związkowych i tekstach publicystycznych powtarzał, że ruch "S" musi być rewolucją samoograniczającą się. Niedługo przed ogłoszeniem stanu wojennego, gdy sytuacja była już całkiem patowa, wystąpił nawet z rozpaczliwym i nierealistycznym pomysłem, by Związek, Kościół i PZPR powołały wspólny rząd ocalenia narodowego. A wkrótce potem, wraz z tysiącami działaczy związkowych, został internowany.

- Zdecydowaliśmy, że trzeba zacząć negocjacje z naczelnikiem więzienia - opowiada Henryk Wujec, który siedział z Kuroniem w Strzebielinku. - Padło pytanie, kto nas będzie reprezentować. Nasza cela chórem zakrzyknęła: "Jacek". Wtedy Janek Rulewski skrzywił się, bo uważał, że Jacek jest zbyt ugodowy, a tu trzeba stanowczo domagać się odwołania stanu wojennego. Zaproponowaliśmy więc, by poszli we dwóch. Jacek spytał nas, co byśmy jeszcze chcieli. Ktoś zgłosił, że nie ma zagłówków w siennikach. Kiedy wrócili, okazało się, że załatwili połowę postulatów: to znaczy Rulewski nie załatwił zniesienia stanu wojennego, a Jacek załatwił nam zagłówki.

Polityczny realizm i obawa przed rozlewem krwi były fundamentem publicystyki Kuronia. Dlatego takim zaskoczeniem był ogłoszony w lutym 1982 r. w podziemnym "Tygodniku Mazowsze" jego artykuł "Tezy o wyjściu z sytuacji bez wyjścia". Wzywał w nim ni mniej nie więcej tylko do "zlikwidowania okupacji w zbiorowym zorganizowanym wystąpieniu" poprzez "jednoczesne uderzenie na wszystkie ośrodki władzy i informacji w kraju". To ogólnonarodowe powstanie miało przygotować pozostające na wolności kierownictwo podziemnej "Solidarności".

- Spotkaliśmy się z Jackiem na mszy świętej - opowiada Michnik, któremu egzemplarz "Tygodnika" przemycono do obozu internowania w Białołęce - i powiedziałem mu, że to jakiś zupełny bzik: "My musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przegraliśmy, a nie wzywać ludzi na barykady".

Kiedy Kuroń wyszedł jesienią na kilkudniową przepustkę po śmierci żony, uznał artykuł za błąd i tłumaczył redaktorkom "Tygodnika", że skoro nie było atmosfery do powstania, trzeba było wyrzucić go do kosza: - Ja byłem odcięty od świata, w desperacji, bezsilności, rozpaczy. Bałem się, że młodzi przebierają nogami, żeby z butelkami iść na czołgi, że będzie jatka, jak w Powstaniu Warszawskim, że się poleje krew. Dlatego uznałem, że trzeba uderzyć raz, a dobrze, jednocześnie proponując władzy daleko idący kompromis, aby nie nakręcać spirali przemocy.

Jeszcze w lipcu tego samego roku, z tego samego obozu, napisał całkiem inny tekst - "Umiarkowanie radykalnych i radykalizm umiarkowanych". Tłumaczył w nim, że co prawda ostatecznym celem musi być niepodległość, ale trzeba też rozważyć, co robić, jeśli w najbliższej perspektywie Polacy nie mają szansy na jej odzyskanie. Przestrzegał, że ludzi deprawuje zarówno życie w uległości wobec władzy, którą się pogardza, jak i permanentny opór wobec państwa, konspiracja, więzienie. "Jeżeli wojna, którą nam narzucono będzie trwać długo - pisał dalej, a był to czas, kiedy podziemna "S" nawoływała do bojkotu oficjalnych instytucji - trzeba będzie wypracować jakieś formy naszego udziału w życiu publicznym, w samorządach, w stowarzyszeniach".

Już wtedy propagował styl myślenia, które wiele lat później doprowadziło do rozmów Okrągłego Stołu. Pisał: "Zakończyć wojnę może tylko kompromis między społeczeństwem a ludźmi władzy. Przypominam: kompromis jest takim układem sił, który zmusza obydwie strony do ustępstw".

Władza jednak do żadnych ustępstw nie była gotowa. We wrześniu 1982 r. Kuroniowi (podobnie jak kilku innym członkom KOR-u i władz "Solidarności") przedstawiono zarzut "próby obalenia przemocą ustroju" i przewieziono do więzienia na Rakowieckiej. Wypuszczono go dwa lata później (w sumie spędził w więzieniu blisko dziewięć lat).

Rzeczpospolita pokojowej transformacji

W 1987 r. w artykule "Krajobraz po bitwie" Kuroń dał przygnębiającą diagnozę sytuacji, w której większość społeczeństwa choć nie popiera władzy, nie popiera też "Solidarności", a panujące w społeczeństwie poczucie bezsilności udzieliło się działaczom i liderom podziemnej "S". I wyciągnął z niej wnioski: niezbędna jest zmiana taktyki, działania konspiracyjne powinny być tylko częścią działań szerokiego ruchu społecznego, należy metodą prób i błędów szukać nowych form legalnego działania, trzeba przy tym uważnie przyglądać się temu, co niesie pieriestrojka w ZSRR i jak rozwija się nieuchronny konflikt w PZPR między grupą reformatorską a dogmatykami.

Gdy pojawiła się szansa na rozmowy przy Okrągłym Stole nie miał wątpliwości, że trzeba zacząć negocjacje, choć opór przeciw pertraktowaniu z komunistami był wśród przywódców podziemnej "Solidarności" ogromny. Gdy strona rządowa zaproponowała częściowo wolne wybory do Sejmu, zwanego później kontraktowym, a przywódcy "S" nie chcieli na to przystać, apelował dramatycznie: "Pokolenia szły za tę Polskę do piachu, a my stoimy dziś przed historyczną szansą. Jak się uprzecie, to ją zmarnujemy".

- Dzięki Kuroniowi, a też Adamowi Michnikowi, uświadomiliśmy sobie, że żyliśmy w świecie fałszywych stereotypów utrwalanych przez służby specjalne - mówi dziś Aleksander Kwaśniewski. - Dla naszej strony, a szczególnie dla generała Jaruzelskiego, fakt, że okazali się oni ludźmi konstruktywnymi, pragmatycznymi i pozbawionymi nienawiści, to był prawdziwy szok. Wcale nie byli ulegli ani przesadnie konsyliacyjni, ale nie budowali fortec i można było posuwać się do przodu.

Ani droga życiowa Kuronia, ani poglądy nie predystynowały go roli, jaką przyszło mu odgrywać w Polsce ustrojowej transformacji. Trudno było oczekiwać, że porwie go idea wolnego rynku, a jednak to on, jak mało kto, przyczynił się do jego wprowadzenia. Nie jest jasne, czy radykalne reformy rynkowe Leszka Balcerowicza uzyskałyby społeczne przyzwolenie, gdyby nie bendyktyńska praca propagandowa Kuronia.

- Jacek mówił, że w normalnym kraju byłby socjaldemokatą, a tuprzyszło mu budować kapitalizm - wspomina tamten czas Aleksander Smolar, wtedy doradca premiera Mazowieckiego. - Zacisnął zęby i wybrał politykę uzasadniania zmian, które w dramatyczny sposób dotykały ludzi. On, który w czasach opozycji odgrywał wielką rolę, jako jej strateg, z pokorą zaakceptował rolę realizatora projektu, który był sprzeczny z jego naturą, z jego systemem wartości. To była wielka rzecz.

Jego publicystyka z tego okresu ma charakter doraźny i interwencyjny. W swych regularnych telewizyjnych wystąpieniach zwanych "dobranockami Kuronia" i felietonach w "Gazecie" objaśniał kolejne posunięcia rządu, przekonywał do reform, stawiał czoła sytuacjom kryzysowym, tłumaczył, że konflikt nigdy nie jest problemem jednej ze stron, ale problemem wspólnym, dowodził, że zawsze warto usiąść razem i szukać jakiegoś rozwiązania.

Z tej olbrzymiej pracy, jaką włożył w budowę wolnej, demokratycznej wolnej Polski niewiele miał osobistej satysfakcji. Przez resztę życia zarzucał sobie, że nie sprostał wyzwaniom czasu i nie potrafił skutecznie ochronić najsłabszych przed skutkami transformacji.

- Jacek - opowiada Irena Herbst, która współpracowała z nim przy reformie mieszkaniowej i uważa, że bez jego uporu i siły przekonywania nie było szansy, by system mieszkalnictwa włączyć w rynek - był w pewnym momencie przerażony, że z powodu nieumiejętności rozładowania przez polityków napięć społecznych, otworzy się pole dla demagogów, populistów, ideologów. I tak się też stało.

Naprawić cały świat

W drugiej połowie lat 90. ciężkie choroby wypchnęły Jacka Kuronia poza nawias czynnej polityki, co nie znaczy, że poczuł się zwolniony z odpowiedzialności za Polskę. Wciąż zabierał głos publicznie, i to w najróżniejszych kwestiach, czy to apelując o reformę systemu podatkowego, czy to przeciwstawiając się lustracji albo naszemu udziałowi w wojnie w Iraku.

Zawsze leżały mu na sercu sprawy relacji polsko-ukraińskich, próbował więc poruszyć niebo i ziemię o to na przykład, żeby Ukraińcy odzyskali ziemię zabraną im w czasie Akcji "Wisła". Spotykał się z też historykami, żołnierzami Armii Krajowej i UPA: chciał, żeby te obie historie zostały opowiedziane i na ile to możliwe uzgodnione.

Był coraz bardziej rozczarowany do polityki. Za akt rozpaczy można uznać jego apel z 2001 r. o powołanie Ruchu Obywatelskiego Obrony Człowieka. "Nie mogę się pogodzić z sytuacją, w której większa część społeczeństwa jest życiowo dyskryminowana i czuje się wykluczona" - pisał, komentując wyborcze zwycięstwo SLD, jako zdecydowane "nie" społeczeństwa dla "bezwzględnego, wilczego kapitalizmu". Stwierdzając, że politycy, w tym on sam, gdy był przy władzy, nie sprawdzili się, zaproponował, by powołać ruch obywatelski i - jak w starych, dobrych korowskich czasach - podał swój domowy adres i telefon, by zgłaszali się chętni.

- W ostatnich latach Jacek nie miał sił i nie miał też komu zlecać realizacji różnych swoich pomysłów - wspomina Danuta Kuroń, do dziś zajmująca się ostatnim projektem swego zmarłego męża, Uniwersytetem Ludowym w Teremiskach, który młodym ludziom z zagrożonych środowisk i osób z dawnych terenów popegeerowskich pomaga zdobyć wykształcenie.

Jacek Kuroń zamarzył sobie, żeby idea realizowana w Teremiskach opanowała całą kulę ziemską. Im był słabszy i bardziej odseparowany od świata, tym bardziej jego wizje stawały się globalne. Po raz trzeci zasiadł do pisania dzieła życia, które przyjaciele i znajomi z serdecznością nazywali "ogólną teorią wszystkiego Kuronia". Pierwszy raz zaczął je pisać po wyjściu z więzienia w 1971 r., gdy zobaczył Polskę przetrąconą po Marcu i Grudniu; po raz drugi - po wyjściu z więzienia w 1984 r., gdy wrócił do pustego domu, w którym nie było już jego zmarłej żony, Gajki.

Tym razem spróbował zmierzyć się z realnymi zagrożeniami, jakie niesie globalna cywilizacja. Sięgnął do głośnych prac jej krytyków, Benjamina R. Barbera, Jeremy'ego Rifkina czy Lestera Thurowa. Zaczynając od analizy rewolucji neolitycznej doszedł do rewolucji informatycznej (sam nigdy w życiu nie używał ani komputera, ani internetu). To ona otworzy drogę do rewolucji edukacyjnej, wielkiego ogarniającego cały świat ruchu społecznego na rzecz powszechnego dostępu do wykształcenia, nowoczesnych technologii i dóbr kultury.

Przygotowania do globalnej rewolucji edukacyjnej, która powinna objąć 3-4 miliardy dzieci i młodzieży tłumaczył - zacząć trzeba od skrzyknięcia ludzi, dla których oświata jest sprawą najważniejszą i którzy zorganizują się w grupy wokół wspólnych pomysłów i inicjatyw. Finansować je powinny kraje wysoko uprzemysłowione i ponadnarodowe korporacje.

Bardzo przeżywał fakt, że jego idee, zawarte w wydanej w 2002 r. książce "Działanie", nie znalazły społecznego oddźwięku. Jednak z wrodzonym sobie optymizmem powtarzał, że kiedyś zostanie zrozumiany i że jego książka wyznaczy myślenie przyszłych pokoleń.

- U schyłku życia Jacek był już człowiekiem bardzo chorym, zamkniętym w czterech ścianach swego pokoju, człowiekiem, który nie chcąc się z tym pogodzić, podejmuje próbę ponownego przemyślenia, tego, co stało się w Polsce i tego, co się dzieje we współczesnym świecie - mówi Adam Michnik. - W moim przekonaniu była to próba nieudana. Jacek nigdy nie był teoretykiem, to klasyczny przypadek umysłu działającego. Przez całe życie był niesłychanie aktywny i swoje poglądy polityczne realizował przez organizowanie ludzi do konkretnych zadań. Był zawsze wielkim wizjonerem, ale to było wizjonerstwo kontrolowane przez to, co można zrobić. Kiedy zabrakło tej korekty realności, pozostało myślenie życzeniowe, utopijne.

W rozmowie z Witoldem Gadomskim dla "Gazety Wyborczej", który polemizował z zawartymi w "Działaniu" tezami, że oto nadchodzi epoka końca kapitalizmu, Kuroń ubolewał, że choć w Polsce my demokrację, są stowarzyszenia, organizacje pozarządowe, różne partie polityczne i związki zawodowe, to faktyczną weładzę sprawuje biurokracja: "Rządzi nami biurokracja partyjna, związkowa i oczywiście administracyjna".

Tak jakby zatoczył koło w swoim myśleniu i wrócił do języka z czasów "Listu otwartego". A też do wiary, że zbliża się nowy, lepszy ład. Chciał uwierzyć, że kończy się czas dzikiego kapitalizmu, a rewolucja edukacyjna to będzie panaceum na całe zło tego świata.